WYSPA OBIECANA

WYSPA OBIECANA
- nowa powieść Jacka Ozaista

dziennik pierwszych lat pobytu na emigracji w Londynie… kronika faktów i fikcji…

wyspa-okladka_ok_www    Wyspa dostępna

Wyspa dostępna

(fragment rozdziału XIX)

 Magia centrum Londynu zawsze wciąga. Niby jedziesz tylko na premierę polskiego filmu do kina Haymarket, ale zawsze potem jest jakieś after party w ambasadzie czy w pubie za rogiem. Stoisz czy siedzisz, znasz tych ludzi albo nie, przekrzykujecie tłum, a londyńskie niebo życzliwie przysłuchuje się tym gorączkowym dyskusjom. Jest pięknie. Czarująco. Szybko można zapomnieć, że polscy filmowcy przywieźli do stolicy Anglii kolejny komercyjny gniot, który nie wytrzyma dwóch tygodni w tutejszych kinach. Ani się obejrzysz, jak mija północ i zwiewa ci ostatnie metro. Zostaje taksówka za pięćdziesiąt funtów albo nocny autobus.

Wsiadam do N7. Obojętny kierowca nawet na mnie nie patrzy. Bylebym tylko kliknął „ojsterką” w czytnik i mogę przestać istnieć. Na górnym pokładzie puszka po piwie przetacza się od ściany do ściany, hałasując niemiłosiernie. W powietrzu mieszają się zapachy potu, przetrawionego alkoholu i zleżałych frytek, które porozrzucał pod nogami jeden z londyńskich obgryzaczy kości.

Żaden z pasażerów raczej nie urodził się w Anglii. Na samym przodzie siedzi podstarzały Polak w pstrokatym ubraniu sprzątacza i absurdalnie niedopasowanym sombrerro na głowie. Mamrocze pod wąsem soczyste przekleństwa pod adresem jakiejś kobiety, która pewnie uciekła, kiedy tylko poznała jego zwyczaje. Żal słuchać. Inni nie musza, bo nie rozumieją. Zakładam na uszy słuchawki i włączam Youtube w moim telefonie.

Dalej siedzi Jamajczyk w kolorowym czepku, kiwając nieprzotomnie głową. Zapewne wypalił jointa i teraz słyszy już tylko kołyszące reggae. Dwóch starych Chińczyków zwiesza zmęczone głowy w błogostanie drzemki. Domyślam się, że skończyli morderczą dniówkę w jednym z barów typu „jedz ile chcesz”. Nazajutrz wrócą tam znowu, by w oparach oleju sezamowego mieszać smaki i kolory w wielkich, obrośniętych zapieczonym tłuszczem wokach. Murzyn w ciemnym garniturze i białych butach sportowych tłumaczy coś gardłowym głosem komuś w Monrowii albo Konakry. Mówi tak głośno, że przesiadam się na koniec autobusu. Przed sobą mam już tylko blondwłosego Litwina w czarnym dresie. Nie wiem dlaczego, ale wszyscy emigranci z tego kraju ubierają się w stylu na faszyzującą bojówkę. Wyglądają niczym umundurowana armia.

Jedziemy przez rozświetlony promieniście Londyn. Autobus mknie przez noc, nigdzie się nie zatrzymując. Kolejne przystanki zioną pustką. Cały czas mamy zielone światło. Bardziej przypomina to jazdę autostradą, niż ulicami ekstremalnie za dnia zatłoczonej metropolii. Wszyscy jesteśmy zdziwieni, kiedy N7 zatrzymuje się przy Kensington. Po chwili na górnym pokładzie pojawia się zakapturzona postać z torbą z Mc Donaldsa w dłoni. To stary numer londyńskich pijaczków. Skoro nie wolno pić w miejscach publicznych, trzeba sobie jakoś radzić. Ukryta w torbie po hamburgerach puszka z piwem albo flaszka wódki nikogo w oczy nie razi.

Koleś siada między mną a Litwinem i zrzuca kaptur, odkrywając łysą niemal głowę. Zabawne. Kiedy byłem młody, im kto miał więcej włosów, tym było lepiej. Sam nosiłem pukle sięgające do połowy pleców. Teraz więcej widuje się ogolonych głów. Jesienią i zimą musi to być straszne.

- Mama? – odzywa się łysy zachrypniętym od palenia papierosów głosem. – No, cześć! Wiem, że późno, ale ty i tak nie śpisz. Co tam oglądasz? „Ojca Mateusza”! Hehe. Dzwonię, bo konkurs wygrałem. No, konkurs! W Polsce też są takie. Na dyrektora na przykład. Nie, ja na pracownika restauracji. Pokonałem z dziesięciu gości ze Sri Lanki, Kenii i Portugalii. Etapami nas eliminowali, jak w Master Chefie. Zostałem debeściakiem w zmywaniu i obieraniu warzyw na czas. Cienko mi poszło filetowanie ryb i wyrabianie ciasta. Szalę zwycięstwa przechylił urok osobisty. Widzisz, twój synek potrafi. Mam robotę na stałe. Na razie zmywak, ale będą awanse. U nas to mnie nawet do łopaty nie chcieli, a tu proszę! Poślę ci trochę kaski w przyszłym tygodniu. Co u was? Nic? To dobrze. Kończę. Co? Nie przeziębiam się. Pa…

 

Posted in Powieści | Leave a comment

Proza online :)

Od 18 lutego 2015 uruchamiamy dla Was (czyli wielbicieli pisarstwa Jacka Ozaista) możliwość czytania jego książek online w formacie pdf.

Startujemy z Podstawiomym, a już niebawem……….  SZORTY  (O! już!)

Podstawiony (okładka 1/2)

Podstawiony (okładka 1/2)

Jacek Ozaist Szorty (wyd. drugie)

Jacek Ozaist Szorty (wyd. drugie)

 

 

 

 

Posted in Bez kategorii | Leave a comment

Omówienia

Omówienia „Szortów”  w „Latarni Morskiej”

Omówienie „Szortów – 2″ – Wanda Skalska

Agnieszka Narloch – SZORTY – CZYLI SHORT (STORY)

 

 

 

Posted in Bez kategorii | Leave a comment

Target komando

Początkiem każdego miesiąca pojawiał się u A. listonosz z emeryturą. Przychodził z cudowną regularnością, aż pewnego razu nie zjawił się wcale, budząc w emerycie najgorsze przeczucia. A. wytłumaczył sobie jednak, że listonosz też człowiek. Mógł zachorować, stracić pracę lub zostać napadnięty przez tych zwyrodnialców z parteru, co udają sportowców. A. postanowił być dobrej myśli i poczekać cierpliwie do jutra.

Następnego dnia już od rana nic mu się nie układało. Najpierw budzik nie zadzwonił o tej porze, o której powinien i A. nie obejrzał kolejnego odcinka swojego ulubionego serialu wenezuelskiego. Wściekł się nie na żarty, że będzie musiał czekać aż do wieczora, żeby się dowiedzieć, czy Julio Gonzales ożenił się z Incarnasion i czy złapali wreszcie tego zwyrodnialca Luisa Carlosa, który ukradł lalkę małej Kronchildzie i spowodował jej samobójstwo. W harmonogramie jego dnia powstała dramatyczna luka, więc aby ją jakoś wypełnić, włączył sobie radio. Nadawali akurat albo wrzaskliwe kawałki rockowe, albo ponurą muzykę poważną, czym do reszty go zirytowali. Żeby się nieco rozweselić, puścił sobie najnowszą (skopiowaną od Z. z sąsiedniej klatki) kasetę zespołu „Fanatic”. Radosne tralala sprawiło, że nareszcie się uśmiechnął.

Pogwizdując, zaczął golić się swoją starą maszynką i niechcący parę razy ciachnął sobie brodę. Krew wyglądała w zabrudzonym lustrze naprawdę paskudnie. A. pokropił twarz ”Brutalem” i prawie wyjąc z bólu, powędrował do kuchni. Razowy chleb z margaryną smakował raczej średnio, ale za to grubo mielona kawa od razu postawiła go na nogi.

Właśnie kończył ją pić w swoim pokoiku z pelargonią w oknie, kiedy ktoś zapukał. Omal nie pofrunął do drzwi, przewidując, że to listonosz z kasą, jednak na progu stał niskawy, ponury typek.

– O co chodzi? – zapytał podejrzliwie A.

– Proszę…

Typek wręczył mu jakiś komputerowy wydruk i bezceremonialnie odszedł. Był to rachunek za gaz. Zawiedziony A. trzasnął zamaszyście drzwiami i położył wydruk obok decyzji o podwyższeniu czynszu oraz rachunku za energię elektryczną. Nie zajrzał jeszcze do żadnego z nich, żeby się nie popłakać z żalu. Prawie nie używał gazu, wieczorem siedział zazwyczaj po ciemku, telewizor włączał tylko na serial i wieczorne ”Wiadomości”, wziął nawet licznik wody na raty.

Zasiadł z powrotem do kawy i wyjął broszurę z krzyżówkami. Rozpoczął pracę nad nią dzień wcześniej, ale w pewnym momencie zaciął się na jednym z haseł i ani rusz nie mógł posunąć się dalej. Teraz ponownie rozmyślał, kto to jest „domokrążca”. Głowił się i pocił, lecz kiedy już był prawie pewien, że ma to na końcu języka, znów ktoś zapukał.

– Uszanowanko, szanownemu panu – wyszczerzył zęby chorobliwie blady, chudy typek w seledynowym garniturze z mikrofazy, trzymający pod pachą wypchaną aktówkę – Jestem przedstawicielem firmy Zdrowopol. Mam dla pana ofertę specjalną. W wielkim losowaniu adresów padło właśnie na pana. Czy mogę wejść?

– Nie.

– Dobrze – typek ukłonił się uprzejmie – Powiem panu nawet na progu. Otóż, proszę szanownego pana, nasz produkt jest absolutną rewelacją na rynku żywieniowym. Wymyślił go pewien Amerykanin, kiedy jego ukochany chomik zmarł z powodu ponad dwudziestu różnych schorzeń. Zrozpaczony chłopak postanowił się uczyć i wynaleźć specyfik, który da niemalże nieśmiertelność.

– Co to za bzdury? – zaśmiał się A. ale że miał szacunek dla ludzi mądrych i wynalazców, postanowił wysłuchać typka do końca.

– To nie żadna bzdura! – oburzył się chudzina z przejmującym błyskiem w oczach – Ów człowiek spreparował taką mieszankę, która pozwala utrzymać równowagę metaboliczną bez względu na wiek, gwarantuje samospalanie się tłuszczu, kompensację witaminową, przetykanie żył i tętnic, osłabianie działania cholesterolu, a poza tym działa antyseptycznie, rakobójczo i odprężająco, poprawia wzrok, likwiduje bóle w krzyżu…

– O rany! – zakrzyknął A. – Aż tyle?!

– Dokładnie!!! – zawył przeciągle typek – Trzeba tylko zrobić koktajl z dwóch łyżek tego specyfiku dwa razy dziennie.

A. wyglądał na autentycznie zachwyconego. Oblizał z lubością wargi i krzyknął:

– Biorę!

– Służę szanownemu panu – chudy wręczył mu średniej wielkości plastikową butelkę i uśmiechnął się od ucha do ucha – Pięćset złotych….

– Co?!!!

Emerytowi krew uderzyła do głowy. Posiniał niebezpiecznie na twarzy i wydawało się, że za chwilę runie bez pamięci na posadzkę, ale jednak utrzymał się na nogach.

– No, wie pan – rzekł ostrożnie typek – Zdrowie musi kosztować.

– Ależ…ja nawet tyle nie mam – wykrztusił z żalem A.

Nagle poczuł, że wszystko w nim zaczyna chorzeć i domaga się choć małej dawki cudownego specyfiku. Ścisnęło go za serce, mimo to, pośpiesznie odrzucił od siebie butelkę, którą chudy złapał instynktownie i z powrotem mu odrzucił.

– Kupione!

– Gówno prawda!

Przez chwilę grali w rzucanego. Pierwszy zreflektował się domokrążca.

– Czy pan, proszę pana myśli, że ja to dla żartów robię? – spytał zasapany.

– Niech pan się nie gniewa – odparł A. – Mnie po prostu na to nie stać.

– To zastąpi panu jedzenie! – krzyknął rozpaczliwie typek.

– A inne płatności? Nie. To wykluczone.

Chudy skurczył się raptownie, a marynarka jeszcze bardziej na nim zwisła.

– Moje piętnaście procent – zapłakał głośno.

A. zrobiło się przejmująco smutno. Ukradkiem odgonił natrętne łzy i cichaczem pociągnął nosem. Nie wiedział jak współczuć towarzyszowi niedoli.

– A nie może pan dorabiać na pół etatu? – spytał z wyrzutem typek.

– Cóż, może spróbuję…

Na klatce schodowej zadudniły ciężkie kroki. A. przestraszył się, że to listonosz i widok pieniędzy wprawi chudego w szał. Na szczęście był to tylko gruby facet ze skórzaną kurtką na ramieniu.

– Kurtki sprzedaję – zagaił bez ceregieli.

– To idź pan na bazar – prychnął A.

– Ja tam wolę chodzić i mieć kontakt z ludźmi.

– Droga wolna…

– Kup pan. Nie chcę dużo.

W tym momencie rencista stracił i tak już nadszarpnięte nerwy i zatrząsł się jak osika.

– Ludzie! – krzyknął w rozpaczy – Ja sam ledwo żyję. Nie mam. No nie mam. Chciałbym z całego serca, ale nie mam.

Obaj sprzedawcy stanęli ramię w ramię: ten od kurtek objął nawet tego od koktajli za szyję. Stali tak i wbijali w A. palące spojrzenia.

– To co mamy robić? – spytał gruby dramatycznie – Zginiemy.

– A moja to wina? – wzruszył ramionami A.

– Jasne. Może pan kupić…

Niespodziewanie schodami nadszedł sprzedawca krzyżówek panoramicznych, a za nim żebrzący Rumun i dwóch Świadków Jehowy. Ci ostatni, widząc zgromadzenie, szybko się wycofali. A. nie czekał dłużej. Trzasnął drzwiami, zanim któryś z mężczyzn zdążył wetknąć w nie czubek buta. Zamknął od razu na trzy zamki i oparł się o drzwi, ciężko dysząc. Miał nadzieję, że sobie pójdą, ale gdzie tam – pukali na zmianę. Przeraził się, że rozwalą wysłużone drzwi, więc pospiesznie zbudował prowizoryczną barykadę z łóżka, szafy i komody, a kiedy przestawali walić, pilnie nasłuchiwał.

– I co? Nie kupił? – dopytywał się gruby.

– No, nie.

– Ale ja tylko z krzyżówką – biadolił ten trzeci – Pieniądze nie dla mnie, tylko dla chorych dzieci.

– Sam pan widzi – podjął gruby – Egoista jeden. Do niczego w tym kraju z takimi nie dojdziemy.

– Nie mam pieniędzy! – wrzasnął zdesperowany A.

– Ta, już ci wierzę.

– Złamas!

– Anarchista!

Zakrzyczeli go, toteż zamilkł. Wrzeszczeli, jak opętani: jedynie Rumun milczał, bo nie umiał po polsku. Czasem tylko kaszlał.

– Właśnie – zagaił w końcu chudy – Chciałem mu zaproponować raty albo kredyt, ale nie zdążyłem. Świnia z niego.

Gruby pokiwał rzeczowo głową i wtedy przyjrzał się bliżej Rumunowi.

– A ty czego tu, nierobie? Żebrać przylazłeś? Pokaż no tę kartkę… „być biedna…musieć prosić pomocy…jak być w pracy, to oddać…”

Zrzucili go ze schodów i poszli nękać sąsiada, lecz ten poszczuł ich psem. A. z radością nasłuchiwał jak zmykają, po czym na klatce zapanował błogi spokój. Odprężony mógł wrócić do swojej krzyżówki i – niemal od ręki wpisał brakujące słowo – AKWIZYTOR. Następnie rozszyfrował hasło – aforyzm i rozmarzył się, że może tym razem uda mu się wygrać trochę grosza, sprzęt AGD albo wycieczkę zagraniczną.

Listonosz tego dnia również nie przyszedł. W wieczornych wiadomościach podano, że listonosze strajkują razem z lekarzami, kolejarzami i śmieciarzami.

(z tomu „Szorty”)

Posted in Opowiadania | Leave a comment

Szmul

Przez cały grudzień i połowę stycznia zima udawała wiosnę, burząc naturalny porządek w przyrodzie. Ciągle słyszało się, że trawa próbuje rosnąć, budzą się żaby, a w górach pojawił się niewyspany, zdezorientowany niedźwiedź. Starsi ludzie narzekali na zdrowie, szalała grypa i katar.

Ilekroć zaglądałem do taty, skarżył się, że łagodna zima i niskie ciśnienie przyprawiają go o depresje. Robił herbatę malinową z miodem i zaczynał: kiedyś to były zimy. Chodziło się po pas w śniegu, odmrażało stopy, a na zmarzniętych palcach nóg ledwo dało się chodzić, bo ból przerastał wszelkie wyobrażenia. Kiwałem sennie głową, jednak myślałem swoje. Po co komu taka zima? Zwłaszcza w mieście. Drogowcy zaskoczeni, komunikacja utrudniona, do tego morze błota, kiedy zaspy zaczynają topnieć. Brak śniegu i temperatura na plusie były mi całkiem na rękę.

W dniu, kiedy zaatakowała prawdziwa zima, siedziałem jak zwykle za ladą naszej rodzinnej Mydlarni i posępnie oglądałem przez wystawową szybę kłęby białego puchu zaścielające ulicę. Byłem coraz bardziej wściekły. Śnieżyca przegoniła przechodniów i o przyzwoitym utargu mogłem zapomnieć. Założyliśmy z Marzeną „Mydlarnię na Kazimierzu” przeszło pół roku temu, ale inwestycja zwracała się wyjątkowo opornie. Zadłużyliśmy się po uszy w różnych funduszach dla początkujących, inkubatorach przedsiębiorczości i zwyczajnych bankach, byle tylko uzbierać na trzymiesięczną kaucję i towar. Za wyposażenie posłużyły nam stare meble po dziadkach, które na Kazimierzu od razu zyskały sławę i raz po raz ktoś przychodził pytać po ile ta lampa, szafa, sekretarzyk czy kufer. Nie prowadziliśmy sklepu z antykami, więc doprowadzał nas do szału brak zainteresowania naturalnymi mydłami na wagę, solami i olejkami, które wypełniały przestrzeń po sam sufit.

Gapiłem się bezmyślnie w okno, przez które prawie nie było już widać świata. Zauważyłem znaczne ochłodzenie. Ulice i chodniki zamarzły dosłownie w jednej chwili. Nieliczni przechodnie fikali takie toolupy i inne figury, jakby to była rewia na lodzie. Samochody też tańczyły, więc bardziej wrażliwi kierowcy porzucali je gdzie się dało. Miasto zostało sparaliżowane. Zaparzyłem sobie kawy i z parującym kubkiem wyszedłem na zaplecze wypalić papierosa. Zawsze potem wietrzyłem, otwierając drzwi od podwórka. Gdyby Marzena się dowiedziała, nie obeszłoby się bez awantury. Byłem jednak pewien, że w taki czas żadna klientka do nas nie zajrzy.

Usiadłem na zydelku, popijałem kawę i raczyłem się dymem. Nagle ktoś lub coś zachrobotało do drzwi. W pierwszej chwili uznałem, że mi się zdawało i zignorowałem to, ale za drugim razem pilnie nadstawiłem ucha. Było to ni stukanie, ni drapanie, które pojawiało się w równych odstępach czasu, jak gdyby stanowiło coś w rodzaju szyfru. Zgasiłem peta i łyknąłem kawy. Pogonię szczura, nawet jeśli inteligentny i daje mi sygnały – pomyślałem ze złością.

Na progu stał umorusany sadzą chłopiec.

‑ Dobry… Jest pan Antoni?

Życie we mnie zamarło, kiedy nie ujrzałem czerwonej corsy, którą zaparkowałem przed śmietnikiem kilka godzin wcześniej. Nie było też wypasionej bryki gościa ze sklepu sportowego ani „kanciaka” faceta od dorabiania kluczy. Ba, znikł również sklep sportowy i punkt usługowy ślusarza. To nie było to samo podwórko! Zaścielały je bloki kamieni, zwały węgla i  złomu. Śnieg czerniał od sadzy i popiołu. Większą część parteru budynku naprzeciwko zajmował zakład kamieniarski, a zamiast dorabiania kluczy funkcjonował krawiec. Z murów sypał się tynk, odkrywając blaknące cegły, z futryn okien obłaziła farba, wiele szyb było uszkodzonych lub wybitych. Nad dachami krążyło stado czarnego ptactwa, które dziobało coś na gzymsie. Odwróciłem się. Za oknem wystawowym mojego sklepu nadal istniał kolorowy, żywy Kazimierz, pełen luksusowych aut i współczesnych szyldów. Tylko ludzi jakoś brakło. Burza śnieżna odcięła mnie od świata, a na dodatek działo się coś bardzo dziwnego. Spojrzałem na ubrudzonego chłopca. Posturą przypominał mojego Kamila, lecz na tym podobieństwa się kończyły. Mizerna buzia, płaszczyk wiszący na ramionach niby na wieszaku, ciemne, przeraźliwie smutne oczy – żywy obraz nędzy i rozpaczy.

‑ Jest pan Antoni? – powtórzył.

Miałem wrażenie, że ocknąłem się w samym środku snu.

‑ Jaki pan Antoni? – zapytałem głucho.

‑ Szewc. Nie zostawił dla mnie chleba?

‑ Nie ma tu nikogo takiego.

Zerknął mi przez ramię, jakby chciał upewnić się, czy nie kłamię. Widok wnętrza sklepu wywołał na jego twarzy lęk i konsternację. Zrobiło mi się go żal.

‑ Głodny jesteś? Chodź. Właśnie miałem zamówić pizzę. Możesz wybrać składniki.

‑ Ale pan Antoni…

Miał teraz w oczach rodzaj paniki, który widuje się czasem u ludzi, gdy rzeczy dzieją się inaczej, niż zaplanowali. Spuścił głowę i zaczął grzebać butem w śniegu.

‑ Mieszkasz tu? – spytałem łagodnie.

Pokręcił głową.

‑ Skąd się tu wziąłeś?

‑ Przyszedłem piwnicami. Zawsze przychodzę po jedzenie. Pan mnie nie wyda, prawda?

Poczułem zimny dreszcz. Nic z tego nie rozumiałem, ale postanowiłem przyjąć jego punkt widzenia i reguły gry. Zapewniłem, że nie zamierzam go nikomu wydawać i w końcu wciągnąłem do środka. Niepewnie przekroczył próg, a ja poszedłem po ulotkę pizzerii i telefon.

‑ Lubię dużo mięsnych dodatków, a ty? – powiedziałem z entuzjazmem – Co byś powiedział na szynkę, bekon, salami, a do tego pieczarki, kukurydzę i brokuły? No, i obowiązkowo podwójny ser.

Patrzył na mnie ponuro. Chyba nic nie rozumiał. Wystukałem numer i przyłożyłem telefon do ucha. Sygnału nie było, więc ponowiłem próbę. Sieć albo była całkowicie zajęta, jak w Sylwestra koło północy, albo atak zimy spowodował awarię. Spojrzałem na chłopca żałosnym wzrokiem, ale nic sobie z tego, że nie będzie pizzy, nie robił. Nieśmiało podszedł do piecyka i wyciągnął zgrabiałe, owinięte zaropiałym bandażem dłonie. Był niewiele wyższy od niego, palce rąk miał mniej więcej na wysokości pełgającego po ściance płomienia.

‑ To pan nie pali węglem? – zapytał, pociągając sinym nosem.

‑ Pewnie, że nie. Gazem.

Zmarszczył brwi i lekko pokręcił głową. Chyba mi nie uwierzył.

‑ A tu jest prysznic?

Wskazał obecnie nie używaną przebieralnię z zasłoną na drążku.

‑ Pudło! – roześmiałem się – Przedtem był tu sklep odzieżowy. Panie przymierzały tam bluzki i garsonki.

Znów pokręcił głową, ale już wcześniejszego przekonania.

‑ Szewc…

Nie wiedziałem o co chodzi z tym szewcem, więc przemilczałem sprawę. Przypomniałem sobie, że mam gdzieś nie zjedzoną wczoraj kanapkę i jakieś owoce, które co rano Marzena zapakowała mi do torby. Wziął ostrożnie zawiniątko i zajrzał do środka. Srebrna folia nie wzbudziła w nim żadnych uczuć, lecz na widok chleba z żółtym serem, pomidorem i sałatą, uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd poczerniałych zębów. Znów pomyślałem o moim złotowłosym, ślicznie ubranym przez mamę, roześmianym synu, który teraz pilnie wkuwał coś w zerówce.

‑ Jak ci na imię?

Długo nie odpowiadał, tylko żuł i przełykał, jak gdyby to był jego ostatni posiłek w życiu. Dopiero, kiedy spałaszował całą kanapkę, powiedział:

‑ Szmul.

‑ Co?

‑ Mam na imię Szmul.

‑ Hm, dziwnie.

‑ Normalnie. Jestem Żydkiem.

‑ Kim? Aha…

Jakoś zgrzytliwie mi to zabrzmiało. Nawet język był dla tego narodu okrutny i niesprawiedliwy. Żyd – toporne, nieładne słowo. Żydek – wyraz z nutą bezgranicznej pogardy. Żydostwo – brzmi podobnie, jak dziadostwo. Od przeszło sześciu miesięcy pracowałem na terenie byłej żydowskiej dzielnicy, a nigdy nie doznałem na temat tego miejsca głębszej refleksji. Ot, matryca komercji i turystyki – knajpy, hotele, muzea, synagogi – nałożona na historyczną dzielnicę. O Żydach zresztą myślałem tak samo często, jak o Arabach, Chińczykach i Indianach. Łączyło ich wszystkich to, że mieszkali gdzieś daleko. A teraz miałem w sklepie żydowskiego chłopca, jak ze starego filmu, szukającego szewca Antoniego.

‑ A mój tata miał taki sklep – pochwalił się Szmul.

Z przyjemnością zauważyłem, że po mojej kanapce stał się żywszy i bardziej rozmowny.

‑ Tak? I co się stało?

‑ Zabrali mu.

‑ Jak to zabrali?

‑ Zwyczajnie.

Nie pytałem więcej, żeby nie dowiedzieć się zbyt dużo. Sytuacja była dostatecznie dziwaczna. Dałem mu kilka mandarynek, banana i kiwi. Z tym ostatnim nie umiał sobie poradzić, więc obrałem je i kazałem gryźć po kawałeczku. Mlaskając, w błogim zadowoleniu, zrobił obchód sklepu, oglądając wszystko z ciekawością. Przystanął przy blokach mydła i długo im się przyglądał.

‑ To są mydła – pospieszyłem z wyjaśnieniem – Kroimy je i sprzedajemy na wagę. Nawilżają, natłuszczają, nadają skórze sprężystość, odświeżają…

‑ Z czego się robi mydło? – przerwał mi, dotykając koziego mleka z miodem.

‑ Z tłuszczu.  Te akurat z gliceryny. Wszystkie, które tu widzisz, wyrabia się ręcznie z dodatkiem ziół, substancji roślinnych i minerałów, na przykład z Morza Martwego. Wiesz gdzie leży Morze Martwe?

Chłopiec pokręcił głową. Był dziwny. Ciągle zadawał pytania, ale bardzo szybko tracił zainteresowanie, jak gdyby mu się spieszyło albo nie starczało cierpliwości. Wrócił do piecyka i zatarł dłonie.

‑ Wiem, na pewno chciałbyś postrzelać do kaczek – rzekłem, wskazując stojący na ladzie komputer, który miał pomagać w pracy, ale na ogół pozwalał zabić nudę. Mam fajną gierkę. Strzelamy na czas. Kto więcej. Chcesz?

Znów pokręcił głową. Włożył do ust kawałek mandarynki i długo smakował.

‑ A do Szkopów? – nie ustępowałem.

Spojrzał na mnie z bezgranicznym przerażeniem. Pomyślałem, że mam dość. Sztywnym krokiem wyszedłem na zaplecze i zapaliłem papierosa. Było mi obojętne, że będzie śmierdzieć. Musiałem czymś zająć dygoczące ręce i uraczyć organizm toksyną. Szmul postał jeszcze chwilę przy piecyku i ruszył za mną.

‑ To jest sen, prawda? – spytałem błagalnie.

Wzrok jego ciemnych źrenic zaczął razić mnie w oczy. Byłem bliski załamania. Czułem, że jeżeli w końcu nie wyjaśni się, o co w tym wszystkim chodzi, zacznę krzyczeć, wybiegnę z tego cholernego sklepu i więcej nie wrócę.

‑ Czasami też tak myślę – odezwał się cicho – Ale nie ma takich snów.

Zamilkliśmy. Podszedł do drzwi i szarpnął klamkę. Usłyszeliśmy serię z karabinu. Ciętą, świszczącą w uszach. Zakrztusiłem się dymem, a Szmul pobladł gwałtownie. Bez słowa pobiegł do piwnicznego okienka. Podeszwy jego butów zatrzepotały i tyle go widziałem. Spojrzałem w górę. Tam, gdzie kłębiło się czarne ptactwo, zobaczyłem wysuniętą zza krawędzi dachu rękę. Byłą rozwarta, jakby chciała złapać kawałek spadającego nieba. Szybko zatrzasnąłem drzwi i przekręciłem wszystkie zamki. Włączyłem radio, żeby zagłuszyć rozszalałe myśli. Działało! Spiker podał, że sytuacja jest prawie opanowana i miasto powoli wraca do życia. Kołujące od godziny samoloty z zagranicznymi delegacjami wreszcie mogły wylądować w Balicach, a VIP-y udać się do hoteli i przygotować do jutrzejszych uroczystości. Za szybą pojawili się pierwsi od  dawna ludzie – dozorcy tłukli lód, odśnieżali i posypywali solą, przechodnie wyszli na spóźnione zakupy.

Kiedy weszła pierwsza klientka, poczułem, że mój świat odzyskał proporcje.

(z tomu „Szorty 2″)

Posted in Opowiadania | Leave a comment

PODSTAWIONY (Rozdział X)

- Więc tak się sprawy mają – rzekł lekarz zbyt wesołym jak na mój gust tonem – To zwyczajna depresja spowodowana śmiercią bliskiej osoby.

Gazety pełne były ogłaszających się psychiatrów i zespołów leczniczych. Wybrałem tego, który prowadził praktykę najbliżej. Nazywał się Roman Pastusiak i mienił specjalistą. Omal nie wygłupiłem się na wstępie i nie zapytałem głosem Królika Bugsa: „what’s up, doc”?! Wszystko przez jego śmieszne okularki, długi nochal i durną fryzurkę. Rozsiadłem się na mało wygodnej kanapie, a potem bez zbędnych konfabulacji wyłożyłem mu sprawę. Nie liczyłem na jego pomoc. Chciałem się rozerwać i przy okazji wyłudzić jakieś psychotropy, o których zbawiennym wpływie tyle się nasłuchałem.

- Dwóch osób, doktorze – zaprotestowałem – A w depresji to ja jestem od dawna.

Przyjrzał mi się z wystudiowaną powagą. Długopis, którym się przez cały czas bawił, w końcu wypadł mu z dłoni i wturlał się pod biurko. Nie spuszczając ze mnie oka, schylił się i zaczął obmacywać wytartą wykładzinę. Dostałem dziwnej głupawki. Zamiast próbować skupić się na współpracy z lekarzem przy ustaleniu wstępnej diagnozy, zastanawiałem się, czy jest zwolennikiem Freuda czy Lacana, czy ma udane życie seksualne i jaką nosi pidżamę.

- Zatem uważa pan, że stan tej – nazwijmy to – depresji, trwa już jakiś czas – podjął utracony wątek, gdy długopisu i tak nie odnalazł – Czym się pan zajmuje?

- Zawodowo?

- Na początek może być.

- Parę dni temu straciłem pracę. Firma zbankrutowała. Dwanaście osób znalazło się na bruku. Pracowałem w dziale kampanii reklamowych dla wybranych branż. Obmyślałem projekt, potem czuwałem, by całość przebiegała bez kłopotów i odniosła zamierzony skutek.

Gdybym traktował go poważnie, przyznałbym się, że dużych kampanii wcale nie prowadziłem, a moją główną działką były drobne ogłoszenia prasowe.

- A co pan robił poza tym?

Tu mnie trafił. Chcąc nie chcąc, zwierzyłem mu się z dziesiątek, setek zajęć, jakich się imałem i tysiącach pomysłów na fajne życie. Miałem skorzystać z funduszów przedakcesyjnych i prowadzić maleńką kawiarenkę poetycką, gdzie zainteresowani mogli nabyć tomiki młodych i nieznanych. Miałem wydawać gazetkę pt. Trans-Media, kolportowaną w środkach masowej komunikacji w każdy poniedziałek miesiąca – zastrzegłem nawet sądownie prawa do tytułu. Miałem handlować koszulkami z różnymi obrazkami, jak mapa Polski z oznaczonymi puszkami piw miejscami: Żywiec, Warka, Tychy, Brzesko Okocim lub napisami: miejsce na twoją reklamę, czy nie ma co rozwodzić się nad ślubem. Miałem być właścicielem knajpy przedrannej o uroczej nazwie „Reanimacja”. Miałem ze Svenem zrobić film o Krakowie dla turystów zagranicznych oraz stworzyć od podstaw serial telewizyjny o studenckim życiu. Miałem z Bartkiem przygotować Leksykon Polskiego Kina Najnowszego 1980-2000, a z Luisem jeszcze raz spróbować kolektywnego wydania naszej prozy i zorganizować Konkurs Poezji Pijackiej, przy którym honorowym jury miały być portrety Lowry’ego, Bukowskiego i Jerofiejewa. Miałem robić tysiąc rzeczy, ale mój entuzjazm topniał szybciej, niż kasa w portfelu emeryta. Przez pół godziny nawijałem z pasją o swoich zespołach muzycznych – punkowej kapeli Długi Pierd i formacji poetyckiej Grupa Jednorazowego Użytku, o setkach opublikowanych materiałów i niedokończonych utworów. Wyszło na to, że najbardziej w życiu liczę na literaturę.

- Kiedyś zadałem sobie pytanie: po co ja wypisuję te wszystkie bzdury i zaraz odpowiedziałem: bo chcę trafić na uniwersytety. Pragnę, by to, co stworzę, gromada intelektualnych patologów rozebrała na czynniki i nie mogła się mnie nachwalić. Panie doktorze, czy istnieje bardziej żałosny powód czyichś dążeń? To przecież pod strzechami imię twórcy brzmi najdonioślej, a jego pamięć czci się najbardziej uroczyście. Tata ciągle mi dokuczał i pewnie miał rację. Mówił: skoro już musisz pisać, rymuj synu jak Tuwim. Ludzie lubią rzeczy łatwe i przyjemne. To, co wypisujesz szczęścia ci nie da. Pamiętasz, jak cię ostrzegałem, że smutne piosenki o psach wyjących na polach, nikogo nie interesują? Daliście dwa koncerty dla kilkunastu osób, a muzyka ludowa przyciągnęłaby wam tłumy.

Doktor Pastusiak cierpliwie słuchał, nie mrugając nawet powieką. Dopiero wtedy poczułem do niego nutę szacunku i utwierdziłem się w przekonaniu, że nie gadam po próżnicy.

- Kocha pan rodziców? – zapytał, nie przestając świdrować mnie oczami.

- Mamę kocham bardzo, ojca raczej nigdy nie kochałem.

- Mieliście zatargi?

- Myślę, że Edyp w tym nie maczał palców – uśmiechnąłem się przebiegle – Zawsze byłem dzieckiem skrytym i samotnym. A rodzice mi nie przeszkadzali, bo poza tym uczyłem się w miarę, miałem dużo kumpli i jeszcze więcej zainteresowań. Zatargi przyszły dopiero, gdy tata stwierdził, że czas stać się mężczyzną. Był złotą rączką. Chciał mnie nauczyć wszystkiego. Nalegał, bym chodził z nim na fuchy i uczył się hydrauliki, mechaniki i elektryki. A ja wolałem czytać i gapić się na filmy. Wtedy za parę butelek po jabcoku, znalezionych w parku, miałem bilet do kina. Rodzice żartowali, że hydraulik, kominiarz, czy elektryk na pewno do mamy nie zachodzili pod nieobecność ojca. W grę mógł wchodzić listonosz po studiach zaocznych lub ankieter – ktoś, kto dał mi geny jajomózga. Stary wysyłał mnie do technikum, poszedłem do liceum. Później nalegał, żebym szedł na polibudę, a ja zdałem na filmoznawstwo. Kompletnie mu się nie udałem, ale przynajmniej już nie wysłuchiwałem tyrad, że całymi dniami oglądam filmy. Był dziwny, trochę marudny, trochę nudny. Nie sądzę, by mama go kochała. Po prostu przyzwyczaiła się do niego i tak już zostało. Rodzice tworzyli dramatyczny teatr codzienności głównie ze względu na mnie. On pracował całymi dniami, mama zajmowała się domem. Kiedy wyruszyłem po dyplom i na podbój świata, mogli się swobodnie rozejść i żadnej tragedii by nie było. Śmierć ojca załatwiła sprawę za nich.

Doktor wykonał pierwszy gest od czasu, gdy macał wykładzinę pod biurkiem. Dotknął delikatnie czoła i poprawił okulary. Machinalnie zrobiłem to samo.

- Nie mam złudzeń – kontynuowałem, bo on najwyraźniej nie wiedział co powiedzieć – Wszelkie istnienie najpierw jest pojedyncze, a dopiero potem dąży do tworzenia związków i par. Na końcu również liczy się pojedynczość. Wszechświat to arena samotnych jednostek.

- Przemawia przez pana gorycz niespełnionych pragnień na temat życia osobistego – rzekł w końcu doktor – Ale to nie powód, by od razu wybierać się do psychiatry.

- No wie pan – potrząsnąłem ramionami – Można się żalić byle komu w knajpie, choć nie ma gwarancji, że coś sensownego odpowie. Nawet, jeśli nie do końca wiedziałem, po co do pana idę, z każdą chwilą zbliżam się do celu.

- Jak to?

- Tracę grunt pod nogami, zapadam się w sobie, zaczynam wątpić w sens mojego bytowania w świecie. Dopóki wierzyłem, że mam do czegoś talent i jestem w jakiś sposób potrzebny, było ok. Lecz wiarę utraciłem…

Doktor Pastusiak wreszcie coś zanotował notatniku, który przed nim leżał.

- Wielu ludzi ma do czegoś talent – stwierdził po chwili – I tłamszą je, bo życie nie zawsze daje sposobność ich realizacji. Z tego co widzę, tryskasz zdolnościami, ale brakuje ci talentu najważniejszego – cierpliwości. Zaczynasz, nie kończysz i oskarżasz się o lenistwo. Psychiatria jest w tej kwestii bezradna.

Nie po raz pierwszy i nie ostatni doznałem u Pastusiaka gwałtownego olśnienia. Zerwałem się z kanapy i zacząłem spacerować. Zawsze tak robiłem, kiedy przychodziła pora na poważne wynurzenia.

- To inaczej, doktorze. Dojrzewa we mnie decyzja, by podążyć za Bartkiem. Mój absolutyzm nie zezwala na to, bym dopuścił się dalszej utraty wiary w siebie. Jeżeli to nie jest problem dla psychiatry, to został mi jeszcze ksiądz i barman.

- Chcesz popełnić samobójstwo? – zapytał wyraźnie wstrząśnięty.

- Powiem tak, nie wykluczam – odparłem zadowolony jego reakcją – Życie mogłoby uchodzić za piękne, gdyby to piękno było bezdyskusyjne. Wielka liczba niezadowolonych w naturalny sposób burzy harmonię.

- Dlaczego wciąż mówisz w ten sposób? – lekarz rozłożył idealnie wypielęgnowane ręce – Złotymi myślami, sentencjami, pretensjonalnymi zwrotami?

Wkurzyłem się nie na żarty. Kopnąłem krzesło, które przewróciło się z hukiem.

- Słyszę to po raz nie wiem który?! – wrzasnąłem – Dżizus, kurwa, ja pierdole! Wszyscy chcą Koterskich! Tak też, do chuja ciężkiego potrafię! Każdy to umie. Może sposób wypowiadania się jest moim jedynym wyróżnikiem wśród miliardów. Może w ten sposób zaspokajam swoją potrzebę odbijania się na jakimś tle. Bohaterowie mojej prozy też nie mówią ludzkim językiem, tylko ładnie skrojonymi frazami i to dlatego stale nikt jej nie chce. Ale nie mam zamiaru tego zmieniać. I chcę mówić tak jak mówię.

Doktor gapił się na mnie wielkimi oczami. Musiał nimi widzieć człowieka potrzebującego pomocy i własną bezradność. Nasze milczenie trwało dobre kilka minut. Zdążyłem podnieść przewrócone krzesło i spokojnie na nim usiąść.

- Nerwowy pan jest – usłyszałem zbędny komentarz, ale ponieważ to ja płaciłem za czas pracy doktorka, musiał się ze mną dogadać – Obgryza pan paznokcie.

- Namiętnie od 15 lat. Pan za to korzysta z usług pedicurzystki.

Lekarz uśmiechnął się zakłopotany.

- I chodzę na loda na Pawią i Zacisze – szydziłem – I walę konia. I lubię seks na Hiszpana. I dłubię w nosie. I chodzę w dziurawych skarpetkach. I lubię mieć ogolone jaja. Czy to w czymś przeszkadza?

- Miałem na myśli symptomy nerwicowe – bąknął Pastusiak – Szukam dla pana kwalifikacji…

- Dziękuję – mruknąłem całkiem już zrezygnowany – Ja już wiem, co jest grane. Nie czuję się dobrze w swojej skórze. A poza tym, takim jak ja najtrudniej przyznać, że się jest przeciętnym człowiekiem. Ot, cała prawda. Przy drobnym udziale psychiatry.

I wtedy olśniło mnie po raz ostatni. Przypomniałem sobie, jak przed paroma laty byliśmy z Luisem w „Łaźni” na projekcji „Salo, czyli 120 dni Sodomy” Passoliniego. W naiwności swojej pragnęliśmy zgłębić wielkie zamysły mistrza prowokacji i przez pewien czas tak było. Niestety, kiedy oprawcy zaczęli zmuszać ofiary do jedzenia fekaliów, szybko wyprowadziliśmy się z sali projekcyjnej do baru, by zapić browcem niesmak. Zapamiętałem, że jeszcze przez kilka tygodni, widok psiego gówna na trawniku powodował u mnie odruch wymiotny. Ale nie to było istotne. Najważniejszą sprawą zdało mi się pojawienie dwóch dziwnych panienek, które uparły się, że koło nas usiądą. Luis od razu je zaprosił, ale ja miałem nastrój antykobiecy. Tym bardziej, że obydwie wyglądały, jakby wyszły prosto z punktu sprzedaży taniej odzieży i wybierały się na wystawę najmodniejszego obecnie artysty. Luis w swoich spodniach z wojskowymi wypustkami, czerwonej bluzie od dresu i z dokładnie ogoloną głową, sprawiał wrażenie gościa na tu i teraz, ja dla odmiany byłem prosto z pracy, w długim, czarnym płaszczu, garniturze i pod krawatem, a fryzjera widziałem jakiś miesiąc wcześniej i to w telewizji. Od początku te kobiety patrzyły na mnie jakoś tak dziwnie, ja też nie szczędziłem im odpychających spojrzeń. Były zwyczajnie brzydkie, mało interesujące i ordynarne, lecz Luisowi w jakiś przewrotny sposób odpowiadały. Siedziałem bez słowa i z coraz bardziej kwaśną miną, oni zaś dyskutowali w najlepsze, uśmiechając się do siebie, jakby zaraz mieli przejść do wyra z baldachimem i we trójkę dokończyć wieczór.

Jedna z nich w końcu nie wytrzymała i patrząc na mnie nienawistnym wzrokiem, wysyczała:

- Ty jakiś podstawiony jesteś!

Spojrzałem na nią nic-nie-rozumiejącym wzrokiem. Dodałem sobie otuchy potężnym łykiem piwa i czekałem co będzie dalej.

- Nie pasujesz – ciągnęła jadowitym głosem – Skąd ty się w ogóle wziąłeś?! Nie powinno cię tu być.

Uśmiechnąłem się blado i skinąłem głową, przyznając jej absolutną rację.

- A gdzie powinienem być? – podpytałem.

- Nigdzie!

- Ty głupia kurwo…- zacząłem, ale kończyć mi się nie chciało.

Przeprosiłem Luisa i zostawiłem ich samych. Posępnie wróciłem do akademika. Mieszkaliśmy wtedy na Bydgoskiej razem. Po drodze, nie wiadomo czemu, kupiłem słoik marynowanych śledzi. Usiadłem nad otartym słojem i rozmyślałem, co ta szpetna napastniczka miała na myśli. Żałowałem, że się uniosłem i nie wypytałem o więcej szczegółów jej zaskakującej teorii. Uzmysłowiłem sobie, że co jakiś czas ktoś reaguje na mnie z niezrozumiałą gwałtownością, jak gdybym budził w nim najgorsze uczucia. Co jakiś czas ktoś odmawiał mi prawa do istnienia lub przynajmniej przebywania w pobliżu. Potem o tym zapomniałem, bo spotkałem innych ludzi, którzy zatarli we mnie wrażenie każdej takiej traumy. Przypomniałem sobie to dopiero podczas pogawędki u Pastusiaka. Patrząc w jego szklane oczy, z masochistyczną przyjemnością kontynuowałem przykre wspomnienia. Sporo, całkiem sporo osób miało wobec mnie krytyczne uwagi, ale na ogół były uzasadnione. Tata: „W kogo ty się wrodziłeś? Lewe ręce, głowa lekka. Nawet na poetę jesteś zbyt leniwy”. Mama: „Mycie zębów to jedyna rzecz, jakiej zdołałam cię nauczyć”. Nauczycielka matematyki: „Odmawiasz sobie chęci do logicznego myślenia, więc ja odmawiam ci prawa przejścia do następnej klasy”. Ola: „Nie mogę ci ufać. Gdyby w życiu trafiło nam się jakieś nieszczęście, poszedłbyś na piwo, a ja zostałabym sama”. Jakaś studentka biotechnologii po imprezie: „Okropnie wychodzą ci żyły. Nie mogłabym z tobą iść do łóżka”. Doktorka od językoznawstwa: „ Trójkąt Ogdena i Richardsa to temat eliminujący ze studiów większość kretynów, żegnam”. Szefowa marketingu mojej byłej firmy: „Masz pomieszaną hierarchię wartości. Bez wiary w autorytety nie można osiągnąć rozwoju zawodowego”. Komisja kwalifikująca na studia doktoranckie: „Do zobaczenia za rok. Liczymy, że temat pana pracy będzie nam bardziej odpowiadał”. Jury pewnego konkursu literackiego: „Proszę poczytać Edgara Alana Poe”. Tysiące sytuacji, jakie wypierałem przez lata, próbując ocalić resztki szacunku do samego siebie.

Ta panna z Łaźni albo była stuknięta, albo przekazywała mi wolę niebios. Z przyczyn osobistych wolałem tę drugą ewentualność. Sam przecież od bardzo dawna przeczuwałem, że na dłuższą metę nie dam rady funkcjonować w narzucanych przez życie warunkach.

- Jestem podstawiony, doktorze – mruknąłem zrezygnowany – Jakby to ktoś inny miał tu być zamiast mnie, a ja gdzieś tam za niego. Nie akceptuję swojego tu i teraz.

- A gdzie się owo tam znajduje? – spytał bystro lekarz.

- Myślałem, że pan mi to powie – westchnąłem.

Pastusiak rozłożył bezradnie ręce. Zrozumiałem, że odpowiedzi na najtrudniejsze pytania nie sposób znaleźć wśród ludzi.

- Tego zrobić nie mogę, ale mogę zaproponować panu ciekawą zabawę. Z grubsza polega na tym, że robimy na kartce papieru dwie rubryki. W pierwszą wpisujemy swoje dobre osiągnięcia, w drugą złe, potem na następnej stronie analogicznie wpisujemy, co się dobrego zdarzyło za naszego życia, a co złego. Na koniec robimy bilans. Taka łamigłówka.

- To nie będzie żadnej mitoterapii ani nic takiego? – zaśmiałem się.

- Książek się pan naczytał – rzekł poważnie lekarz – Spróbujemy?

Wzruszyłem ramionami. Każda chwila spędzona w jego gabinecie opóźniała mój ponowny kontakt ze światem. A nie miałem już do czego wracać.

Zażyczyłem sobie, abyśmy zaczęli od drugiej części zabawy, na co doktor z ochotą przystał. Z namysłem zacząłem wymieniać, że za mojego życia upadł komunizm, Polska wstąpiła do NATO i szykowała się do Unii Europejskiej, Polak został Papieżem, Miłosz i Szymborska dostali Nobla, polska reprezentacja kilkakrotnie grała na Mistrzostwach Świata, młodzieżówka zdobyła srebrny medal w Barcelonie, Małysz przeskakiwał skocznie, Korzeniowski wydeptywał kolejne złote medale, Legia i Widzew grały w Lidze Mistrzów, Wajda dostał Oskara za całokształt, Jackson przymierzał się do ekranizacji „Władcy Pierścieni”, polskie młode kino rozkwitało w fantastyczny sposób…

Zabawa w tej fazie była o tyle fajna, że robiło się ciepło na sercu na myśl o tym wszystkim. Ze złem za swojego życia miałem spory kłopot. Doktor zaśmiał się, że to normalne – nikt nie widzi zła, bo woli uniknąć przykrych refleksji. Stwierdził, że w tej mierze nie odbiegam od reszty optymistycznie nastawionego świata, ale jakoś mnie to nie pocieszyło. Z konieczności wymieniłem kruchą gospodarkę, bezrobocie, niebezpiecznych oszołomów w polityce i różne konflikty, wojny oraz problemy, które zdały mi się tak odległe, że aż mało prawdopodobne. Pastusiak nieubłaganie obliczył, że pozytywy są zdecydowanie bardziej konkretne i liczebne, co miało oznaczać triumf jasnej strony mojej osoby. Od tego momentu zabawa zaczęła mnie drażnić. Dopiero po namolnej perswazji doktorka przystąpiłem do pominiętej części i wymieniłem z grubsza: dyplom ukończenia mało ważnych studiów, kilka lat pracy w branży reklamowej, kilkanaście różnej rangi nagród w konkursach dla piszących, zapłacone na rok z góry mieszkanie, kilka pomniejszych rólek w niewielkich filmach, wydanie kolektywnego tomu prozy, uczucie do Oli i…Marty. Pastusiak kibicował moim wynurzeniom, jakby patrzył na zawody sportowe dla przedszkolaków. Zapytałem, czy mogę zapalić. Odmówił. Machnąłem ręką i z mety zacząłem wymieniać swoje braki. Mówiłem z dziesięć minut, obserwując z niekłamaną satysfakcją, jak mina mu rzednie, dłonie pocą się, a biurko ugina pod ciężarem umęczonych łokci.

- Na koniec tak zwanej zabawy, chciałbym dodać, czego bym sobie życzył, aby mi się przydarzyło. Chciałbym wreszcie coś skończyć. Wiersz, opowiadanie, powieść, modlitwę, cokolwiek… Być może w niemożności ukończenia tkwi jakaś namiastka nieskończoności, ale ja chciałbym coś po prostu skończyć.

- Dać panu receptę? – zapytał głucho lekarz.

- Dzięki. Chciałem tylko pogadać.

Psychotropy nie były mi już potrzebne. Wolałem walnąć browca i z kimś pogadać. Wyjąłem papierosa. Przesuwając go sobie między palcami, zostawiłem co łaska według cennika.

- Panu potrzeba kogoś do konfrontacji, nie psychiatry – mruknął Pastusiak, jakby chciał usprawiedliwić fakt, że gotówka nieodwołalnie trafi do jego wypchanego portfela – Ma pan jedną świetną cechę. Niby pan pyta, lecz ma w zanadrzu gotową odpowiedź.

Wyszedłem od Pastusiaka na giętkich nogach. To, co miało być fajną zabawą, okazało się druzgocącym przeżyciem. W ulicznym bankomacie sprawdziłem stan moich finansów. Był opłakany i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo nie dałem rady powstrzymać łez. Znów wspomniałem Luisa z czasów, kiedy klepał twórczą biedę. Zawsze miał wrażenie, że zza bankomatu wyjdzie Murzyn z wielką pałą i powie: brak środków. Uśmiechnąłem się przez łzy, wyobrażając sobie taką scenę. W każdym razie Luis był teraz dużo bliżej prawdziwego życia, niż ja. Przez lata wydawało mi się, że stwarzam siebie, a wytrącałem sobie z ręki wszelkie atuty. Kim jestem? – zapytałem smętnego odbicia w sklepowej witrynie. Jako człowiek nic nie posiadam, nie mam wartości, brak mi celu. Jako twórca nie dysponuję żadnym dziełem. Jako mężczyzna nie mam kobiety ani perspektyw rodzinnego życia. Jako pracownik, utraciłem pracę i chęć jej odzyskania. Jako taki jestem życiu zbędny. Sobie także.

- Źle wyglądasz – stwierdził Mateusz, kiedy klapnąłem za barem.

- Kim ja według ciebie jestem? – spytałem.

Nabrał powietrza i od razu je wypuścił. Widziałem, że nie bardzo wie, co powiedzieć, ale przenikałem go niecierpliwym spojrzeniem. Zanim odpowiedział, spokojnie nalał mi piwo.

- Gościem, który w naszej mieścinie wygrywał konkursy i pisywał do gazet, a w Krakowie realizuje tysiące pomysłów, o których tyle mi opowiadał.

- Dzięki – uśmiechnąłem się blado i zająłem szklanką.

Odszedłem na bok, kiedy jakieś znajome Mateusza usiadły przy barze i zaczęły świergotać o nowym, modnym pisarzu.

- Robię dziś koło północy grilla w ogrodzie, tylko dla ludzi sukcesu – rzekł mi na odchodnym – Zajrzyj z flaszką. Najlepiej 0,7.

Obiecałem, że się pojawię, lecz obaj wiedzieliśmy, że i zaproszenie, i jego przyjęcie, są gestami bez znaczenia. Często mówimy o czymś, że to gest bez znaczenia – pomyślałem złośliwie – lecz czym byłoby znaczenie bez gestu? Idąc zatłoczoną Floriańską, zacząłem zwracać uwagę na innych ludzi i swoją od nich odmienność. Byłem byle jak ubrany, śmierdziałem piwskiem, z gęby patrzyło mi krzywo, a mijałem roześmianych, estetycznych, najwyraźniej szczęśliwych ludzi. Była ich prawdziwa masa. Sunęli ku Mariackiemu i Bramie Floriańskiej, jak rzeka. Czasem na powierzchni tej rzeki pojawiały się śmieci -  ja, jakiś żebrak, żul zbierający na mózgotrzepa czy wariat. Kraków lubił czubów, jak chyba żadne miasto w Polsce i trzeba przyznać, miało to swój urok. Z baru mlecznego Dworzanin wyskoczył prosto na mnie obdarty gość z obłędem w oczach. Stanął na środku deptaka i wrzasnął:

- Plecami do Boga, a potem trwoga!!! I wszystko na nic, balon wiary pssss….!!!!

Patrzyłem jak urzeczony, kiedy dziwnym krokiem, kiwając głową na boki, ruszył w kierunku Rynku. Za chwilę młodziutki żulik o gębie będącej certyfikatem rychłego oglądania świata w kratkę, zastąpił mi z wahaniem drogę.

- Panie prezesie, 50 groszy, na piwko…

- Czy ja wyglądam na prezesa? – skrzywiłem się, dając mu złotówkę.

- Nie dziś, to jutro – zauważył rezolutnie.

- No to nawzajem, prezesie…

Wszedłem na Rynek, pełen gołębi i ludzi. Inwazja czubów rozciągnęła się na postaci przebrane za Białą Damę i Śmierć, które wyczyniały dziwaczne rzeczy za moniaka ciśniętego do puszki, starego kozaka śpiewającego dumki przy akompaniamencie staroświeckiej liry, małolatów odstawiających akrobatyczne tańce pod „Adasiem” i… ziutka, który wyszedł mi naprzeciw.

- Wybacz, stary – pokazałem mu pusty jak bęben portfel.

- No co ty? Fajkę chciałem – obruszył się

Poczęstowałem go Sobieskim i wszedłem między kwiaciarki. Najbardziej lubiłem na Rynku gościa, który popołudniami i wieczorem grał na trąbce suity Albionioniego, lecz tego dnia go nie było. Mijając płytę z napisem Hołd Pruski 1525, zastanowiłem się jak mógłbym wyglądać w 500-lecie tego wydarzenia, w 2025 roku, lecz szybko stwierdziłem, że tacy jak ja tyle nie żyją.

Zupełnie nie wiedziałem dokąd iść. Najbardziej pasowałaby mi podróż sentymentalna szlakiem naszych pijackich balang z czasów studiów. Zdało mi się nagle, że był to najlepszy czas mojego życia – tak mało odpowiedzialny, obfity w wydarzenia, twórczy. Niczym jakieś zombie dotarłem pod Wawel i przycupnąłem w jednej z knajpek na Krakowskiej. Sącząc w miarę świeżego Żywca, przypomniałem sobie opowiadanie jakiegoś debiutanta. Opisywał w nim jeden, długi dzień życia człowieka, który obudził się rano i znalazł trupa w sąsiednim pokoju. Nie wiadomo kto, dlaczego i po co. Wiadomo tyle, że bohater idzie w miasto i krąży do samej nocy, odwiedzając miejsca szczególne i ważnych dla siebie ludzi. Łazi i łazi bez celu, a na koniec siada na ławce naprzeciw swojego domu. I nie wiadomo, co dalej. Czułem się tak samo. Już nie pytałem dokąd zmierzam, bo nigdzie nie chciałem dotrzeć. Siedziałem i piłem kolejne browce, aż przestałem myśleć o czymkolwiek.

Podszedłem chwiejnym rokiem do kelnerki

- Znamy 4 strony świata, a miłość przychodzi z 5. Śmierć też. Kłaniam się.

Wyraźnie odetchnęła z ulgą, że nie musi się ze mną wykłócać o nalanie lub nie nalanie następnego piwa. Tego u handlowców i pracowników knajp nie lubiłem najbardziej. Najpierw włażą ci do tyłka, żebyś zostawił u nich kasę, a kiedy już się uchlejesz, wyrzucają cię jak psa na chodnik.

Na przystanku zaczepiłem starszego pana o wyjątkowo zaciętym wyrazie gęby.

- Panie, powiedz pan, czy fakt, że gówno nazwiemy kupą, sprawi, że przestanie być gównem?

- Idźże, ty…

Zbliżając się do mostu Piłsudskiego, pomyślałem, że nie mam nawet do kogo wysłać pożegnalnego smsa. Chciałem w nim napisać: dziś osierocę swoje marzenia. Kochałem tylko mamę, a ona nie posiadała komórki. Przypomniałem sobie wiersz dalekiego znajomego pt. „SMS do Pana Boga”. Gdyby tak Bóg miał swój serwer na wiadomości tekstowe i maile, pewnie nie dałby rady nadążyć z odpowiedziami.

Jak przed laty, tylko sam i w biały dzień wspiąłem się na szczyt mostu. Klapnąłem na krawędzi i machając nogami, spojrzałem z góry na ukochane miasto. Na istny cyrk, panujący na dole, zwróciłem uwagę dopiero po jakimś czasie. Auta trąbiły, ludzie coś do mnie krzyczeli, machali rękami. Nie wiedzieć dlaczego, widziałem to wszystko w konwencji filmu animowanego. Śmieszne postaci, śmieszne samochody, śmieszne problemy. Z dala nadleciał sygnał syreny. Jakieś pojazdy wdarły się na most i zatamowały ruch. Pomachałem ludziom na dole zewnętrzną częścią dłoni, jakbym był królową Anglii, potem uniosłem ręce, jak Rocky Balboa i wrzasnąłem:

- I’m the King of The World!!!

Film animowany mi się skończył i wyobraziłem sobie fabularny odjazd kamery umieszczonej w helikopterze ponad mostem. Robiłem się coraz mniejszy, a panorama miasta ponad mostem coraz większa. Ależ było pięknie!

Stanąłem na nogi, żeby nie przegapić najlepszego momentu na skok i zrobiłem krok w przepaść. Nie spadłem jednak, za to tuż obok mnie, w powietrzu zawisła postać Marty. Uśmiechała się smutno, jak gdyby czegoś żałowała.

- Oblałeś – powiedziała łagodnym głosem – Jak ty wyglądasz?

- Oj, Martusia – pierwszy raz zwróciłem się do niej tak czule – To proces spalania chemicznego. Co oblałem?

- Ważny egzamin.

- Aha…

To było nieważne. Najważniejsze, że mogłem na nią patrzeć. Ola już mi nie była potrzebna. Teraz wzdychałem za Martą.

- Chodź – wyciągnęła do mnie rękę, a ja chwyciłem się jej kurczowo.

I nagle znaleźliśmy się pod „Trzy Osiem”. Leżałem na bruku, a ona kucała obok mnie. Z wielkiej dziury w moim brzuchu buchała krew. Zawsze byłem zdania, że krew się we mnie burzy, tętni i świruje – teraz widziałem to na własne oczy. Byłem totalnie nawalony, ale w jakiś dziwny sposób w pełni świadomy swojej obecności na moście Piłsudskiego.

- Jak to? – zapytałem

- Wybrałeś nieistnienie – Marta pogłaskała mnie po tłustych włosach.

- Mogę zapalić?

Wetknęła mi papierosa do ust i przypaliła. Zaciągnąłem się na tyle mocno, na ile pozwalał mi stan organizmu. Kształty rozmywały się, drzewa już nie były strzeliste, a ulica nieskończona.

- Po co masz żyć, skoro nie potrafiłbyś tego uszanować? – rzekła Marta.

- Fakt…

Posted in Bez kategorii, Powieści | Leave a comment

PODSTAWIONY (rozdział 1 – fr.)

Świat obserwowany przez człowieka leżącego na bruku robił niesamowite wrażenie. Drzewa wydawały się bardziej strzeliste, domy nazbyt wysmukłe, ulica nieskończona. Uśmiechnąłem się z podziwem. Stan, w jakim się znajdowałem, pozwalał docenić tę niezwykłą odmianę. Zdążyłem jeszcze dostrzec mdły neon i nikłe światła ulicznych lamp, a potem moje oczy zaszły mgłą. Pośrodku niej zawisł jasny punkcik. Zaczął wirować, niby zagubiony świetlik i nagle uleciał gdzieś do góry. Znów ujrzałem widok zapuszczonej ulicy.

Na asfalcie przed moją twarzą upadł zużyty papieros, eksplodując fontanną pomarańczowych iskier. Czyjś but przydeptał go lekceważąco. Był to modny, sportowy bucior, kupiony w salonie firmowym. Wprost z niego wyrastała noga ubrana w firmowy dres. Odgłosy oddalających się kroków dudniły mi w głowie, stając się powoli dźwiękiem trudnym do wytrzymania. Z wielką ulgą powitałem ciszę, jaka później nastała.

W polu widzenia pojawiła się twarz zatroskanej dziewczyny, z furą jasnych włosów i zakrwawionym nosem. Nie wyglądała apetycznie. Po całonocnej balandze, jej oczy podkreślały ciemne łuki zmęczenia, zaś makijaż na policzkach całkiem się rozmazał. Może ją znałem, a może tylko pamiętałem. Nie chciało mi się nad tym zastanawiać. Powoli wyciągnęła rękę: zdała mi się być jakimś monstrualnym przedmiotem, którym mi groziła. Zląkłem się, że znów będę musiał walczyć z bólem, jednak tym razem kontakt z drugim człowiekiem oznaczał ciepły, przyjemny dotyk.

- Dlaczego się wtrącałeś? – usłyszałem zatroskany głos.

Leżałem z policzkiem wtulonym w asfalt i półprzytomnie spoglądałem przed siebie. Przez jakiś czas czułem bijący od chodnika chłód, później rozgrzałem ten swój kawałek ziemi. Kolana miałem podkurczone, ręce przyciśnięte do obolałego brzucha. Jakimś cudem okulary na moim nosie były całe. Leżałem wygodnie na boku, lecz kiedy próbowałem przemieścić gałki oczne do góry, by spojrzeć na dziewczynę, musiałem krzywić się z bólu.

- Dlaczego?  – nie ustępowała.

- Jestem dżentelmenem…

- A ja siostrą Faustyną. Możesz wstać?

Starała się delikatnie podnieść mnie z chodnika, ale z powodu narastających jęków i syków, szybko zaniechała wysiłków.

Z głębi ulicy Czarnowiejskiej nadjechał maluch wypełniony po brzegi pijaną młodzieżą. Muzyka wściekle dudniła, wspomagana chórem tubalnych głosów. Pojazd zwolnił, wszyscy pasażerowie przyglądali się scenie na bruku z drapieżnym zainteresowaniem. Dziewczyna tylko machnęła ręką, żeby odjechali. Wybuchli śmiechem. Jeden z nich wysiadł i oddał mocz pod jednym z drzew, wcale się nie krępując jej obecnością. Odjechali pośród salw śmiechu.

Dziewczyna ponownie nachyliła się nade mną.

- Sprowadzę Pogotowie.

- Taksówkę – jęknąłem cicho.

Bez namysłu wyjęła rozkładanego, babskiego Ericsona. Drżącą dłonią wystukała numer i zaczęła nerwowo spacerować wzdłuż mojego, wyciągniętego na bruku ciała.

- Pod ”38” na Miasteczku Studenckim, proszę….

Schowała telefon i usiadła obok, na krawężniku. Ukryła twarz w dłoniach. Cisza wpijała się w  uszy, przegryzając się do głębi skołatanej głowy.

- Żeby tak chociaż ptaki zaczęły śpiewać – mruczała między własne nogi moja ratowniczka – Przecież już powinny…

Ale świt nie nadchodził. Ujrzawszy majaczące w oddali światła, zerwała się i pobiegła im naprzeciw. Wyczułem jej napięcie i po raz kolejny spróbowałem podnieść się o własnych siłach. Zdołałem jedynie oprzeć się na łokciu i na krótką chwilę ujrzeć świat w normalnej perspektywie. Nie spodobało mi się to. Złożyłem głowę na asfalcie i cierpliwie czekałem. Po chwili rosły taksówkarz wziął mnie pod pachy i postawił na wiotkich nogach. Zaciągnęli mnie wspólnie do samochodu i ułożyli na tylnym siedzeniu, gdzie od razu rozparłem się, niczym król. Dziewczyna wsunęła głowę przez drzwi, uśmiechając się lekko. Teraz mi się podobała – zużyta, zmęczona, naznaczona piętnem burzliwej nocy.

- Jestem twoim dłużnikiem – położyła mi wizytówkę na kolanach i trzasnęła drzwiami – Wyśpij się i zadzwoń.

Długo patrzyłem za jej widmową sylwetką, rozczarowany faktem, że nie jedziemy razem. Znikła za rogiem ulicy, a mnie niespodziewanie zachciało się płakać. Siłą woli powstrzymałem się, by nie pobiec za nią. Taksówkarz ruszył Czarnowiejską. Po chwili odwrócił się z wyrazem zniecierpliwienia na ciemnej twarzy.

- To dokąd jedziemy?

- Do domu…

Na jego oczach opuściłem głowę na pierś.

- To znaczy gdzie?

- Do domu…

Taksówkarz przez chwilę kiwał głową do własnych myśli, a potem zatrzymał auto i zdecydowanym ruchem otworzył drzwi. Mrucząc pod nosem najbardziej wyszukane przekleństwa pod moim adresem, swojej pracy i życia w ogóle, wyciągnął mnie z auta i zaciągnął pod najbliższą bramę. Tam posadził mnie opartego o ścianę i już miał odejść, gdy ujrzał przyciski domofonu wbudowane w ścianę. Uśmiechnął się krzywo i nacisnął pierwszy lepszy guzik. Nikt się nie odzywał. Wybrał drugi i natychmiast usłyszał gromkie:

- Halo?!

W odpowiedzi charknął podle i splunął mi pod nogi. Nie zwracając uwagi na wrzaski w domofonie, wsiadł do taksówki i szybko odjechał. Domofon z trzaskiem wyłączono. Nikt jednak nie zszedł, by sprawdzić, kto jest na dole. Poczułem się śmiertelnie zmęczony. W jednej chwili stałem się doskonale obojętny, wyciszony, zaprzedany snom. A na skraju nieba wspinał się po ścianie nocy trupioblady świt.

Posted in Powieści | Leave a comment
Gallery

Fotkowo

This gallery contains 9 photos.

    

Posted in Galeria zdjęć | Leave a comment

Czasem dzieci grają dobrze i w polskich filmach

Prosta historia chłopca, który dziecięcymi sztuczkami zaklina rzeczywistość, próbując nagiąć ją do własnych potrzeb, podbiła już właściwie cały świat. Nie zaszkodzi, gdy podbije także Londyn i okolice. Z Andrzejem Jakimowskim, reżyserem „Sztuczek” (Tricks) rozmawia Jacek Ozaist.

jakimowski

Który ze swoich filmów lubi Pan najbardziej i dlaczego?

– Każdy film jest dla mnie wspomnieniem z jakiegoś okresu w życiu. Starsze wspomina się zawsze milej, gdyż pochodzą z okresu, gdy było się młodszym.

 W jakim stopniu filozofia ukształtowała Pana jako scenarzystę/reżysera?

– W niewielkim. Filozofii, która mnie interesuje, nie da się uprawiać w filmie. Czasem interesują się filozofią moi bohaterowie, np. Jasiek ze „Zmruż oczy”. Ale on też nie lubi o niej gadać, z Małą rozmawia o fizyce.

 Mówi się, że w hollywoodzkim kinie dzieci grają, w polskim jedynie są na ekranie? „Sztuczki” temu całkowicie zaprzeczają.

– Czasem dzieci grają dobrze i w polskich filmach. Na ogół dziecko zaangażowane do filmu myśli, że ma zachowywać się przed kamerą infantylnie. Trzeba mu tylko powiedzieć, że tak nie jest, i od razu jest lepiej. Dzieci naśladują też zachowanie aktorów z telenowel, bo jest to dla nich zwykle jedyny wzorzec aktorstwa. Jeśli im się powie, żeby tego nie robiły, to nie robią. Ale nie każdy rozumie, że trzeba je o to poprosić.

 Pochodzi Pan z Warszawy, studiował w Katowicach. Skąd to zainteresowanie prowincją i wiara, że tam właśnie dzieje się życie?

– Nie interesuję się prowincją bardziej niż wielkim miastem. Ale wielkie miasta są bardzo brzydkie, szczególnie w Polsce, i dlatego staram się ich unikać.

 Co Pan sądzi o systemie finansowania kina w Polsce? Jak Pan go obchodzi, produkując swoje filmy?

– System finansowania w ramach Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej jest OK, dlatego produkujac „Sztuczki” skorzystałem z niego. Ten system naśladuje rozwiązania z krajów wysoko ucywilizowanych. W Polsce problem polega na tym, że PISF nie ma żadnych partnerów zdolnych podjąć odpowiedzialnie produkcję filmu. W innych krajach taką rolę spełniają telewizje, a zwłaszcza kanały publiczne.

 Co dalej? Kolejny film widziany oczami dziecka? Jakie ma Pan plany?

– Planuję film, w którym bohaterka będzie miała ponad dwadzieścia lat, a bohater ponad trzydzieści, tak na oko przynajmniej. Ale przecież jakieś dziecko zawsze może się zaplątać na plan.

 Co Pan czuje, gdy kilka lat po premierze, gdy już obecność filmu przycicha, wchodzi on do kin w Wielkiej Brytanii?

– Od polskiej premiery nie minęły jeszcze dwa lata – to było 26 paźdzeirnika 2007 roku. Od tego czasu „Sztuczki” praktycznie nie schodzą z ekranów, bo ciągle gdzieś w Europie są grane. Np. w Irlandii były w kinach już chyba ponad rok temu.

 Czego Pan oczekuje od angielskiego widza?

Nie wiem, jak w Anglii, ale na kontynencie widzowie nie chcą spełniać niczyich oczekiwań. Rozumiem ich. Mam nadzieję, że film pozwoli im oderwać się od własnych spraw na chwilę i trochę zrelaksować.

 

Posted in Filmowo | Leave a comment

„Non Notus”, czyli festiwalowa pogawędka z Feliksem Falkiem

falk

Skąd wziął się pomysł na ten film?

To stara historia. Podsunął mi ją dyrektor Teatru Telewizji jako temat na spektakl i początkowo intensywnie myślałem o realizacji teatralnej. Chodzi o to – mówiąc w olbrzymim skrócie – że po pamiętnej powodzi w 1997 roku, gdy ewakuowano pacjentów szpitala psychiatrycznego, okazało się, że o jednym z nich nic nie wiadomo. Nie ma nazwiska, historii choroby, niczego dzięki czemu można by stwierdzić, kim jest i dlaczego znalazł się w szpitalu. To wydało mi się znakomitym punktem wyjścia do napisania scenariusza.

 Czyli najlepsze historie podsuwa życie.

Z tym bywa różnie. Punkt wyjścia rzeczywiście podsunęło życie, resztę pracy jednak wykonałem ja. Przypadek tego biednego człowieka wydał mi się tak inspirujący, że dopisałem mu trzymającą w napięciu historię. Myślę, że wyszło całkiem nieźle.

 Przy scenariuszu pomagała Agnieszka Holland. Na czym polegała ta pomoc?

Było to coś więcej niż konsultacja. Scenariusz był już gotowy. Miałem jednakże wiele rozmaitych wątpliwości. Podzieliłem się nimi z Agnieszką, która pomogła mi poprawić charakterystykę kilku postaci i ulepszyć relacje między bohaterami, a także wniosła znaczące poprawki dramaturgiczne w kilku scenach. Jest podpisana jako współautorka scenariusza, więc rola Agnieszki Holland w jego tworzeniu była dosyć duża.

 Jak to jest z tym Borysem Szycem? Wszyscy go obsadzają. Wiedział Pan, że to właśnie on najlepiej zagra psychiatrę, który do tego stopnia anagażuje się w przypadek pacjenta, że zabiera go do domu?

Od samego początku wiedziałem, że chcę Borysa Szyca. Czułem, że jego temperament, jego energia bardzo pasuje do roli człowieka poszukującego prawdy, łączącego cechy naukowca i dziennikarza śledczego. I on świetnie się z tego zadania wywiązał. Pewnie, że nie zawsze gra w filmach dobrych, ale to w niczym nie umniejsza jego talentu.

 Rok temu Jerzy Skolimowski odkrył nam Artura Steranko, teraz pan funduje nam genialną kreację aktora, którego publiczność zna słabo.

Grzegorz Wolf zagrał chorobę psychiczną wspaniale. Podobnie jak Steranko, który gra w moim Enenie epizodyczną rolę, jest on aktorem teatralnym. Grywa też w serialach telewizyjnych, choć nie są to role pierwszoplanowe.

 Pana kolejny film jest już w fazie postprodukcyjnej.

Tak. Joanna opowiada historię młodej kobiety, która podczas II wojny światowej bierze pod opiekę żydowską dziewczynkę i wcale nie otrzyma za to nagrody. Nie chcę zdradzać szczegółów, lecz na skutek złego zbiegu okoliczności bohaterka grana przez Urszulę Grabowską poniesie konsekwencje swojego wyboru. Premiera wkrótce. Serdecznie wszystkich zapraszam.

Posted in Filmowo | Leave a comment