KENIA

Po prawej stronie gęsty mrok, po lewej horyzont delikatnie połyskujący łuną wstającego nad Afryką słońca. Inni pasażerowie śpią. Mam wrażenie, że tylko ja obserwuję to niezwykłe zjawisko, lecąc samolotem pomiędzy nocą a dniem.

Kilkadziesiąt minut poźniej, tam gdzie był mrok, pojawia się potężna bryła liczącej 5985 metrów góry Kilimandżaro. Pamiętam ze zdjęć białą czapę i niezliczoną ilość wypełnionych śniegiem żlebów, tymczasem z samolotu widać tylko nieznaczne białe przebarwienia wiecznej zmarzliny. I wianuszek chmur grubo poniżej szczytu. Macham górze ręką. Moim celem nie jest mordercza wspinaczka, tylko rozkoszne leniuchowanie na wybrzeżu Mombasy.

Steward przynosi zwitek blankietów do wypełnienia – podanie o wizę, deklaracja celna, deklaracja, gdzie się zatrzymam i u kogo, a nawet deklaracja, którą będę potrzebował opuszczając gościnne wybrzeże Oceanu Indyjskiego. Patrzę na niego z konsternacją. – Welcome to Africa – mówi z żartobliwym współczuciem.

Mogłem wybrać plażę Nyali, Diani albo Bamburi, gdzie opala się, bawi i nurkuje większość turystów, ale los chciał, że trafiłem do rządowego resortu w Kikambala. Dzięki temu przez ponad godzinę mogłem się gapić przez szybę samochodu na podmiejskie slumsy Mombasy. Już podczas podchodzenia do lądowania widać było pagórki z przylepionymi prowizorycznymi chatami. Teraz mam ich na pęczki po obu stronach szosy. Są sklecone z czego tylko się da – drewna, blachy, kartonu, trzciny. Ich przygnębiający wygląd podkreślają stosy płonących śmieci i stadka straszliwie wychudzonych kóz.
Dla kontrastu za chwilę mijamy piękne, pełne pastelowych barw osiedle willowe, kilka nieźle wyglądających hoteli i fabrykę. Dopiero po jakimś czasie dociera do mnie, że strzegący ją mur uzbrojony jest w drut kolczasty pod napięciem!

Mombasa jest trochę nijaka. Stary port, niewielka arabska starówka, twierdza Fort Jesus, zbudowana przez Portugalczyków, rozpadające się zabytkowe fasady i mnóstwo nijakich, bezbarwnych budynków – to trochę za mało, by zachęcić ludzi do zwiedzania. Tym bardziej że w ostatnim czasie wzrosła liczba napadów rabunkowych. Symbolem Mombasy są skrzyżowane słoniowe kły przy Moi Avenue – głównej arterii prowadzącej do nowoczesnej części miasta. Obowiązuje ruch lewostronny – pozostałość po panowaniu Brytyjczyków, dla których Mombasa była stolicą kolonialnej Afryki Wschodniej. Wielkie, metalowe kły ustawiono zresztą specjalnie z okazji wizyty brytyjskiej królowej w 1952 roku – jedenaście lat przed uzyskaniem przez Kenię niepodległości.
Miasto leży na koralowej wyspie oblanej ze wszystkich stron wodami Oceanu Indyjskiego. W drodze z lotniska mija się jeden z największych portów handlowych w Afryce. Tutaj przybywają wielkie statki z towarami z całego świata, które potem ciężarówkami i koleją przewozi się w głąb kontynentu – do Ugandy, Sudanu, Etiopii, Ruandy, Burundi, Zambii…

Im dalej od centrum, tym więcej widać biedy. Prowizoryczne straganiki, zakładziki rzemieślnicze, wszechobecne kozy, które siedzą lub leżą wzdłuż drogi. I ludzie bez pracy, leżący wszędzie tam, gdzie jest odrobina cienia – pod drzewem, słupem, murem, wiatą… Kierowcy nie przestrzegają żadnych reguł. W akompaniamencie nieustannego trąbienia próbują wyminąć auto przed sobą lub chociaż zmusić je do szybszej jazdy. Nie mogę wyjść z podziwu, że co chwilę nie dochodzi do wypadku. Piesi niemal wchodzą pod koła, byle tylko przedostać się na drugą stronę drogi. Mijamy pełną luksusowych jachtów uroczą zatoczkę i miasto zostaje z tyłu.

Wjazdu do hotelu strzegą uzbrojeni strażnicy. Podczas lunchu zauważam wielu gości w garniturach. Zbyt wielu, jak na hotel przy plaży. Wieczorem z telewizji dowiaduję się, że w rządowym resorcie w Kikambala odbyła się konferencja największych firm ubezpieczeniowych kraju. Był podobno nawet kenijski minister.

Polowanie na słonia

Czwarta rano. Wreszcie jadę na tę romantyczną wyprawę, o której wszyscy tyle mówią i dzięki której Kenia stała się sławna na cały świat. Jadę na safari. Nie jest tanio, ale wiem dlaczego. Safari to intymna sprawa dla kilku osób. Nie jedzie się klimatyzowanym autokarem w czterdziestu, tylko małym busem z otwieranym dachem – w cztery, góra sześć osób.
Sympatyczny, szczerbaty Saleem okazuje się doskonałym kierowcą i partnerem na cały dzień. Słyszał o Lechu Wałęsie i Zbigniewie Bońku. Zna się na piłce. Kojarzy, że parę razy awansowaliśmy do ważnych rozgrywek, ale teraz wiedzie nam się fatalnie. Podobnie jak reprezentacji Kenii. Wie też, że wkrótce w Polsce spadnie śnieg i że zwykle o tej porze przyjeżdżało tu wielu Polaków. Ale parę lat temu. Teraz ich nie ma. – Kryzys – mówię. – Wolą Tunezję czy Egipt, bo taniej.

Mijamy maleńkie osady przy drodze, pełne prowizorycznych sklepików, kiosków, barów i pubów. W jednym z nich jest wciąż pełno ludzi. Tańczą, śmieją się, popijają drinki. Wtorek, wpół do piątej rano, a tu dyskoteka na całego. Saleem tłumaczy, że potem pół dnia prześpią i, kiedy upał zelżeje, wrócą do życia. Jesteśmy zgodni – tylko pozazdrościć!
Na słynnej szosie Mombasa-Nairobi są dwa wąskie pasy i dość szerokie pobocza. Jak się wkrótce okazuje, te pobocza to bardzo funkcjonalna rzecz. Raz po raz wielka ciężarówka wyprzedza ciąg innych wielkich ciężarówek i świeci nam „długimi” po oczach, byśmy gotowali się na śmierć lub ucieczkę w bok.

– Banditos – mruczy niespecjalnie tym przejęty Saleem. Dla niego to normalny kurs, my tymczasem zdążyliśmy pozielenieć ze strachu.

Zjeżdżamy ciężarówce z drogi i po chwili wracamy na swój pas. Wszyscy w tym busiku jesteśmy kierowcami, ale zgodnie stwierdzamy, że czegoś takiego w życiu nie widzieliśmy. Po jakimś czasie znów musimy uciekać na pobocze. I jeszcze raz. I jeszcze… Banditos przewożący towary między Nairobi a Mombasą dyktują warunki. Duzi mogą więcej.

kenia1

Krótki, obowiązkowy przystanek przy sklepiku z pamiątkami i wreszcie mijamy bramę parku Tsavo East. To najbardziej przyjazny niewprawionemu turyście park safari w Kenii. Oprócz majaczących w oddali niezbyt wysokich gór, nie ma tam nic tylko rozległa sawanna. Czerwoną jak na Marsie ziemię przetykają mniej lub bardziej wyschnięte akacje, fantazyjne kopce termitów i niewielkie pagórki.
Susza w tym rejonie Afryki trwa od jedenastu lat. Ten rok jest jednak wyjątkowo zły. Kraj wyprodukuje dużo mniej herbaty i kawy niż zazwyczaj, co odbije się na cenach tych towarów na rynkach światowych. Bardziej zielono jest tylko w miejscach, gdzie pracownicy Kenia Wild Life urządzili wodopoje dla zwierząt i miejsca noclegowe dla bardziej wymagających turystów, tzw. lodges.
Najwięcej trafia nam się gazel, antylop, guźców i strusi. Moi znajomi pstrykają niczym zawodowi „Japończycy”, nie chcąc uronić ani jednego ujęcia. Ja czekam na słonie, lwy, nosorożce, hipopotamy, czyli wszystko to, z czego słynie środkowa Afryka i… głos Krystyny Czubówny w niedzielnych filmach przyrodniczych. Pierwszy słoń, jakiego widzę, to leżący na poboczu martwy osobnik, z którego brzucha wypływa dziwne, czarne błoto. Saleem jest równie zdzwiony, jak my. Milczy, macha ręką, jak gdyby z urzędu odmawiał komentarza. Nie wie, co nam powiedzieć, bo przecież śmierć nie wybiera. Martwy słoń przypomina nam czasy, gdy kłusownicy bezwględnie tępili te piękne zwierzęta dla samych tylko kłów. To już się nie zdarza, ale biedne zwierzę leży obok drogi jak przewrócone drzewo.
Kawałek dalej przy sztucznym wodopoju napotykamy wreszcie rodzinę słoni, 2+2. „Maluchy” (pewnie po 100-200 kilo każde) chowają się między potężnymi rodzicami, wyciągając swoje niewielkie trąbki w kierunku basenu z wodą.

– Ciąża u słonia trwa do 20 miesięcy – oznajmia Saleem. – Maleństwa są bezcenne. W naszym parku śmiertelność spadła do minimum – dodaje, by uspokoić tych, którzy wciąż mają przed oczami martwe zwierzę przy drodze.

Wokół nas robi się zielono. Zaczynamy dostrzegać coraz to nowe gatunki zwierząt. Pawiany skulone na drzewach, żyrafy konsumujące śniadanie wprost z gałęzi, bawoły taplające się w błocie, lwicę pałaszującą za krzakiem świeżo upolowaną zdobycz, zebry przechodzące przez drogę. Całe stada słoni, lwów, guźców, zebr i gazel przemieszczają się w oddali, szydząc z naszych wariackich wygibasów, służących znalezieniu najlepszego ujęcia. Mijamy innych turystów, których podwożą porozumiewający się przez CB radio kierowcy. Przez chwilę czuję się jak uczestnik szkolnej wyprawy do ZOO.
Jemy szybki lunch w jednej z malowniczo położonych lodges i Saleem z udawanym smutkiem stwierdza, że czas wracać do Mombasy.

– A Kilimandżaro? Nosorożce? Hipopotamy? – pytam rozczarowany.

– To nie tutaj. Górę Ducha i Mount Kenia widać z parku Tsavo West. Tam też są zwierzęta, o które pytasz.

Na całe szczęście widziałem dumne Kilimandżaro z samolotu. Inaczej bym sobie nie darował, że byłem tak blisko i przegapiłem okazję.
W drodze powrotnej trafiamy na wylegujące się na słońcu lemury, strusie, myszołowy. Drapieżniki trudniej wypatrzyć, ale znów widzimy stadko lwów. Nagle przychodzi mi do głowy, że to przecież na terenie dzisiejszego parku Tsavo (liczy 21 tys. kilometrów kwadratowych!) grasowały lwy-ludojady, zwane Duch i Mrok, ze słynnego filmu z Michaelem Douglasem.
Taniec Masajów

NGOMONGO i RAFA KORALOWA

Siedem dni w Kenii to czas tak żałośnie krótki, że turysta zmuszony jest wybierać jedne atrakcje kosztem drugich, a często słyszany zwrot: „do zobaczenia za rok”, wcale nie musi być pustosłowiem. Siadamy nad przewodnikami i porzucamy nadzieję o ujrzeniu jeziora Wiktorii, Wielkiego Rowu, Parku Narodowego Mount Kenia i innych cudów natury, jak jezioro Nakuru pełne pląsających flamingów. Decydujemy się na wyprawę do wiosek Ngomongo, spacer po Mombasie oraz wyprawę na rafę koralową.
Ngomongo Villages to rodzaj skansenu, z tą różnicą, że tworzą go żywi ludzie i zwierzęta. Ta wielokrotnie nagradzana na świecie inicjatywa pokazuje jak niegdyś wyglądało życie plemion zamieszkujących te ziemie. Chodzimy więc od domostwa do domostwa, spotykając starą kobietę ucierającą ziarno, mężczyznę hodującego krokodyle, łucznika, myśliwego, szamana, wysokich i smukłych Masajów oraz ich dom zbudowany z krowiego łajna, a nawet rybaka znad jeziora Wiktoria, który twierdzi, że z jego plemienia pochodzi dziadek dzisiejszego prezydenta USA.

Całe wybrzeże Mombasy leży na rafie koralowej. Nie wiedziałem, co to znaczy, dopóki nie ujrzałem pierścienia fal otaczającego wybrzeże w odległości jakiegoś kilometra od lądu. 0

– Nie płyń tam – ostrzegali miejscowi rybacy, gdy wypożyczałem kajak. – Ostre krawędzie, głębina, pewna śmierć.

Ale oni wypływają co dnia tymi swoimi kruchymi łódeczkami z daszkiem, który ma chronić przed straszliwym równikowym słońcem. Sami, by złowić coś na kolację, lub z bogatymi turystami, którzy pragną sfotografować się z własnoręcznie złowioną ostrodziobą barakudą, miecznikiem albo rekinem młotem. Biedniejsi łowią tylko na rafie i zbierają muszle na sprzedaż. Paradoks polega jednak na tym, że niczego z Kenii wywozić nie wolno.

W czasie odpływu idziemy na rafę piechotą. Woda sięga ledwie do kolan, a w najgłębszych miejscach najwyżej do pasa. Suniemy między wielkimi koralowcami, zaglądając pod każdy niemal kamień. Znajdujemy mnóstwo różnobarwnych rozgwiazd i rybek o fantazyjnych kolorach. Wystarczy rzucić trochę okruchów chleba, by u nóg zaroiło się od różnorakich stworzeń. Sporo wrażeń dostarcza też zwykłe zanurzanie głowy w okularach do nurkowania. Wszystko pod wodą wygląda tak atrakcyjnie, że pełzamy przez godzinę, niczym poszukiwacze złota pośrodku potoku w Eldorado.

Na końcu rafy rozłożyli swoje skarby lokalni sprzedawcy muszli. Kiedy po raz setny słyszą, że niczego nie chcemy, proszą, by oddać im resztę chleba, który wzięliśmy dla rybek oraz choć jedną butelkę wody. Obiecujemy, że coś od nich kupimy, gdy wieczorem wrócimy do hotelu.

– Powiedzcie mi jedno – mówię po chwili. – Sprzedajecie te piękne muszle turystom, choć nie wolno niczego z Kenii wywozić. Dlaczego?

– Robimy to od dziesięciu lat. Nie było reklamacji.

Macham ręką. No pewnie, że nie było, bo kto by się fatygował tyle tysięcy kilometrów, by stłuc handlarza z powodu zarekwirowanej na lotnisku pamiątki za parę gorszy? Mała, cętkowana muszla kosztuje 200 kenijskich szylingów, czyli niecałe dwa funty, duża, okazalsza i pewnie trudniejsza do wywiezienia – 500. Staram się o tym nie myśleć, choć moi przyjaciele targują się bez pamięci.
Idę na samiutki koniec rafy. Fale uderzają o spiętrzony grzbiet utworzony przez lata przez umierające koralowce. Parę kroków dalej jest już podobno kilkusetmetrowa głębina. Gdzieś tam, wcale nie tak daleko przed nami, leżą słynne plaże Seszeli. Mógłbym tak patrzeć w zielonkawą toń Oceanu Indyjskiego i błagać czas, by się zatrzymał, lecz powoli trzeba wracać, bo woda niebawem zaleje lagunę aż po mur oddzielający plażę od naszego hotelu.

HAKUNA MATATA

Kenijczycy to bardzo pogodny naród. Przyglądam się uważnie każdej z napotkanych twarzy, szukając czegoś, co pozwoli mi odróżnić ich od sąsiadów – Somalijczyków czy Sudańczyków. Zastanawiam się, co sprawiło, że nie są w stanie rozdzierającej wojny domowej, a zamiast Darfuru, pełnego umierających dzieci, mają piękne parki narodowe, do których garną się turyści z całego świata. Wciąż się uśmiechają, a przy tym poruszają się w zwolnionym tempie, jak gdyby funkcjonowali w galaretowatej zawiesinie. Zawsze gotowi pozdrowić cię tym swoim niewymuszonym: jumbo! Są przewrotnie chciwi. Byłem wielokrotnie uprzedzany, że wszędzie trzeba dawać napiwki, ale parę razy przesadzili. Przed bramą parku Tsavo, pracownik parku zawsze podchodzi do samochodu, by podnieść turystom dach i wymusić napiwek. Nie robi tego kierowca, choć zajęłoby mu to jakieś 20 sekund. Na lotnisku każda toaleta ma swojego „opiekuna”, który stoi przy umywalkach i podaje kawałek papierowego ręcznika. Zamykając się w kabinie, turysta cały czas ma świadomość, że ten człowiek jest o metr, dwa dalej i czeka na „co łaska”. W Ngomongo Villages jest dziewięć wiosek, a w nich dziewięć osób, którym nie wypada odmówić. Za to tańczący Masajowie nie żebrzą, tylko wymuszają kupno jakiejś pamiątki. Często w hotelowym barze tuż przy plaży żartowaliśmy, że jesteśmy gwiazdami filmowymi, bo ilekroć któreś z nas podnosiło się, by iść do toalety, basenu lub po drinki, zza muru oddzielającego hotel od publicznej plaży wyłaniały się głowy sprzedawców pamiątek i przewodników po rafie. Pozdrawiali, krzyczeli, zapraszali. Wrzawa robiła się taka, że wyobrażaliśmy sobie, iż to fani chcą od nas autograf. Z początku baliśmy się wyjść na plażę. Skoro przez cały dzień przechadzał się brzegiem muru, uzbrojony w pałkę umundurowany ochroniarz, nie mogło tam być bezpiecznie. Wkrótce okazało się, że chroni hotel przed lokalnymi handlarzami, dla których codzienne nagabywanie hotelowych gości to jedyny sposób na wyżywienie siebie i rodziny. Przełamaliśmy lody i niemal co dnia chodziliśmy nad ocean podziwiać koralowce, kraby, rozgwiazdy, palmy i rozbijające się o brzeg rafy fale. Ludzie z plaży witali nas serdecznie, pokazując świeżo znalezione skarby morza. Moi przyjaciele w końcu nakupili mnóstwo muszli, ale gdy celnicy zawołali nas na bok, pytając co wywozimy, z kamienną twarzą odpowiedziałem, że tylko pamiątki kupione podczas safari. – Hakuna matata (no problem). Przechodzić.
Trzymam jedną z tych wielkich, brunatnych, powlekanych dziwną, skamieniałą łuską muszli na półce w sypialni, ale to nie ona przywodzi mi na myśl cudowne chwile spędzone w Kenii.
Pewnego wieczoru wybraliśmy się nad ocean. Ot, tak, powałęsać się po plaży, zanurzyć nogi, pobyć w raju. Odeszliśmy spory kawałek od hotelu. W dali sunął w stronę Kanału Sueskiego wielki kontenerowiec. Miałem nadzieję, że jego kapitan wie, iż będzie musiał bardzo długo płynąć wzdłuż wybrzeża Somalii. Z zagajnika palm wybiegła nagle gromadka nagich dzieci, które ze śmiechem wpadły do wody, zanurzając się po szyje. Ich matki stały na brzegu zagajnika i doglądały swoich pociech podczas kąpieli. Piski, pluski, fontanny wody. Radość i swoboda. I poczucie bezpieczeństwa. Tak zapamiętałem rajską Kenię, choć dla swoich mieszkańców pewnie wcale rajem nie jest.

This entry was posted in Reportaże. Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>