Karaiby

Środek Morza Karaibskiego. Przez cały dzień nie widać żadnego lądu ani nawet obiektu na morzu czy niebie. Nic, tylko bezkresna przestrzeń pełna białych grzyw fal sunących po szafirowej tafli wody.

karaiby

Na górnym pokładzie zamiast piratów, angielscy emeryci, a zamiast łotrowskich przyśpiewek, łagodne rytmy calipso. Wiatr bezlitośnie burzy wypielęgnowane fryzury angielskich dam i figlarnie porywa ręczniki, koszulki, buty. Jest gwałtowny, ale bardzo ciepły. Dzięki niemu w ogóle nie czuć czającego się w górze słońca. Dopiero wieczorem ludzie nie poznają w lustrze samych siebie.

Atrakcją dnia jest deszcz znikąd. Najpierw pojawia się w oddali ciemna chmara kropel, a potem na pokładzie powstaje panika, jak gdyby wybuchł pożar. Zimne igiełki spadają na rozgrzane ciała, wzbudzając śmiech i okrzyki zdumienia. Najśmieszniejsze jest jednak to, że nad nami nie ma żadnej chmury.

Grenada

Po trwającym półtorej doby rejsie zawijamy w końcu do najdalej wysuniętej wyspy archipelagu Małych Antyli – Grenady. Dalej już tylko Ocean Atlantycki. Port St. George wita nas tęczą i ginącymi w chmurach wierzchołkami gór. Trafiamy pod opiekę wujka Morga, sędziwego Kreola, którego wszyscy tu znają i pozdrawiają. Anglicy udają, że nie dosłyszeli, jak się przedstawiał. – Kapitan Morgan? – Nie. Wujek Morg. Nie jesteśmy na wyspie rumu, tylko kakao i cynamonu. Stwierdza jeszcze, że jest najstarszym przewodnikiem po Grenadzie i pokaże nam kilka miejscowych atrakcji. Wyjeżdżamy z kolorowego portu i już po paru minutach krajobraz zmienia się diametralnie. Wysłużony japoński busik z trudem wspina się po bardzo stromej i wąskiej drodze, którą z miejsca pokochałby każdy amator rajdów ekstremalnych. Wkrótce już sami nie wiemy, czy liczyć dziury, czy zniszczone, porzucone przez lokatorów domy. To skutek huraganów, które co jakiś czas przewalają się, dewastując wyspę. Oraz biedy. Grenadyny składają się bowiem z 30 wysepek i atoli, spośród których jedne są bezludne, inne biedne, nie mające wielu atrakcji dla turystów, a jeszcze inne to luksusowe kurorty dla bogaczy. Ten niewielki archipelag pokochali ludzie ceniący spokój, ciszę i brak komercyjnej turystyki. Podobno każdy może znaleźć tu sobie spokojną zatoczkę, małą, prywatną plażę czy leżący na odludziu akwen do nurkowania. Droga robi się coraz bardziej dziurawa i stroma, a domy coraz bardziej zniszczone. Wujek Morg używa klaksonu za każdym razem, gdy jęczący busik musi wspiąć się na wzgórze zakończone ostrym zakrętem. Mijanie się na drogach Grenady to nie lada sztuka. Ze zgrozą patrzę na podmyte przez ulewne deszcze pobocza, ciągnące za sobą wielkie kawały asfaltu w kierunku ziejącej w dole przepaści. Zajeżdżamy przed sklepik z pamiątkami oraz przyprawami. Z daleka pachnie cynamonem, którego laski porozkładano gdzie tylko się da. Zapach odurza i budzi miłe wspomnienia. Wcale nie słucham wujka Morga. Jestem w ogródku mojej babci i popijam kompot w gruszek z cynamonem. Jedziemy dalej w góry. Już nie ma domów ani innych samochodów, tylko czysta natura. Po drodze wodospad, z którego można skoczyć wprost do mineralnej wody, niewielki park narodowy i porośnięte szuwarami jezioro powstałe na kraterze wulkanu. Wszystko to jednak jest maleńkie i niezbyt różni się od znanych w Europie podobnych miejsc. Zupełnie inne wrażenie robi las tropikalny pełen niezwykłych drzew i krzewów. Zachwyca nas wzgórze porośnięte bambusami, z których wyrabia się tu meble oraz drzewa ociężałe od melonów i papai. Królują jednak wszechobecne kakaowce. Wujek Morg odwozi nas do St. George. Po drodze odwiedzamy stary angielski fort, symbol trudnej historii Wysp Karaibskich, które od czasu odkrycia ich przez okręty Kolumba były obiektem ciągłych walk i targów. O Grenadę walczyli Anglicy i Francuzi.. Kto wygrał? Ruch jest lewostronny, a na banknotach dolarów wschodniokaraibskich widnieje królowa Elżbieta, tylko dużo młodsza i bardziej pogodna, niż na funtach brytyjskich. Wieczorem kapitan promu informuje pasażerów, że nocą miniemy St. Lucię, Martynikę i kilka pomniejszych wysepek. Po raz pierwszy odczuwam żal, że ich nie odwiedzę, bo jest ich za dużo.

Dominica

O poranku wyspa wygląda dumnie i groźnie, jak gdyby drzemiące głęboko pod dnem oceanu żywioły już miliony lat temu postanowiły uczynić ją wyspą chmurną i dziką. Znów wyruszamy japońskim busikiem, tym razem klimatyzowanym, na spotkanie z nową przygodą. Sporych rozmiarów przewodniczka zajmuje miejsce tuż obok mnie i zaczyna opowiadać o Dominice. Historia polityczna niektórych wysp sięga zaledwie kilku dziesięcioleci, tu decydujący ton nadaje natura w swym niezachwianym i trwałym pięknie, sięgającym wielu tysiącleci, zanim powstały perły kultury europejskiej. Nie tworzył tego człowiek, tylko niczym nie skrępowany wulkaniczny żywioł. Przewodniczka opowiada o szkolnictwie, gospodarce i młodziutkiej historii politycznej Dominiki, ale ja mam większe zmartwienia. Drogi tu są węższe niż na Grenadzie, a pobocza tak podmyte przez ulewne deszcze, że wprost z auta można spojrzeć w dół żarłocznej przepaści. Jedynie żółta taśma ostrzegawcza i kilkanaście centymetrów błota dzieli nas od gwałtownej śmierci. Busik rzęzi i sapie. Takiej stromizny nie widziałem pod żadną z polskich gór. Po żadnej nie wjeżdżałem pod takim kątem, że odchylało mnie w tył… Bardziej przypomina to start rakiety… I co? Jeszcze zakręt?! Boże, musimy się minąć z innym pojazdem! Busik na pierwszym biegu wtacza się na górę. Kierowca ma nawet czas i na tyle mocne nerwy, że pozdrawia klaksonem mijanego kolegę. Uff, teraz trochę w dół… Przewodniczka nuci monotonnym głosem: – Jeśli ktoś nauczy się jeździć na Dominice, poradzi sobie wszędzie. Po kilkunastu minutach ostrej jazdy bez pobocza, dojeżdżamy do lokalnego spa w górach. Dwa maleńkie baseniki z wodą, której kolor sugeruje dużą ilość siarczanów otaczają wyjątkowej urody drzewa i krzewy. Nie znamy ich nazw, ale sycą oczy fantazyjnymi kształtami i gamą żywych barw. Gdy wracamy, przewodniczka pokazuje w dole piękne osiedle miejscowych bogaczy, które ostro kontrastuje z rozlokowanymi po obu stronach drogi lichymi budynkami. Tu, tak jak na Grenadzie, króluje tymczasowość. No bo po co budować pałac, skoro huragan może zmieść go w ułamku sekundy? Obite drewnem albo blachą rudery straszą przez całą drogę do portu. Dopiero tam widać zręby cywilizacji, choć miasto wygląda dobrze i schludnie tylko z promu. Wystarczy wejść w dowolną uliczkę, by trafić na obraz zwyczajnej Dominiki. Biednej, ale dumnej. Maleńkie sklepiki i bary, miniaturowe domki, wąskie uliczki pełne solidnych rynsztoków odprowadzających wodę podczas ulewnych deszczów – to wszystko upchnięte jest na niewielkiej przestrzeni między górami a morzem. I tylko auta wyglądają na nowoczesne. Same „japończyki” – toyoty, hondy, mitsubishi… Lokalni Kreole prowadzą je z niesamowitą dumą, tak jakby jedynie to stanowiło coś trwałego w ich trudnym, wyspiarskim życiu. Malowniczy port Roseau powoli oddala się. Wracamy na morze. Dopiero teraz docierają do mnie słowa przewodniczki, że to wyspa czarnych plaż, pełnych wulkanicznego pyłu, urokliwych zatoczek i deszczowych gór. I że mają tu 365 rzek i rzeczek, po jednej na każdy dzień roku. Piorą w nich i czerpią z nich wodę do produkcji ponczów i soków owocowych. A lokalnym przysmakiem jest iguana, która podobno smakuje jak kurczak… Nocą mamy minąć Gwadelupę i Montserrat, zniszczony w 1995 roku wybuchem wulkanu. Opuściło go 2/3 populacji, a zniszczona przez lawę stolica-port zionie pustką do dziś. Antigua To już inny świat, choć wciąż pozostajemy w obszarze Wschodnich Karaibów. Piękny, stary port wita nas zadbanymi budynkami knajpek, biur podróży i sklepów z pamiątkami. Żywioły wulkaniczne były dla tej wyspy dużo bardziej łaskawe Góry nie są już takie wysokie i strome, a niewielkie wzniesienia przecinają rozłożyste doliny. Drogi dużo szersze i pozbawione dziur. Antigua to królowa plaż. Hasło reklamowe mówi, że jest ich… 365. My odwiedzamy zaledwie kilka. Nie różnią się od innych plaż w kurortach tego świata, lecz piasek pełen jest drobin muszli morskich, które za nic nie chcą odczepić się od skóry. Wyglądamy niczym początkujący malarze, którym kropelki białej farby oprószyły twarze.
Wszędzie palmy, bungalowy dla bogaczy, plażowe bary i wodne atrakcje. Zwracam uwagę bardziej na wyplataczy kapeluszy z liści palmowych i sprzedawcę kokosów, czymś odurzonego, śpiewającego reggae w trakcie prowadzenia taczki z owocami. Gdy już upoluje klienta, przestaje śpiewać i wbija maczetę w kokos odłupując kawałek, by podać napój wprost z łupiny.

Po południu spacerujemy po St. John’s. Smętnymi uliczkami docieramy do górującej nad portem katedry. Na okalającym ją cmentarzu siedzą na starych nagrobkach lokalni mieszkańcy. Słuchają transmisji z meczu z podręcznego radia. Liga, zdaje się, brazylijska.
Wszystkie okna katedry, wyglądającej w środku jak prowincjonalny kościółek, są pootwierane. Nie ma ani jednego wiernego, ministranta, nikogo.

Za to widok na zatokę przepiękny. Woda w porcie jest seledynowa, dalej dominuje szafir. Słońce powoli zachodzi, a my cieszymy się chłodną bryzą, która powoli zastępuje tropikalny zaduch. Wracając, trafiamy do biedniejszej części miasta. Nie różni się wiele od tych, spotykanych na wcześniejszych wyspach. Wielkie wrażenie robi pub sklecony z płyt blaszanych i pokryty wiechą. Wygląda gorzej niż niejeden garaż w Europie. Domy też przypominają raczej cygańskie czy meksykańskie slumsy zbudowane z czego tylko się da. Tak jak na Grenadzie i Dominice daremnie szukamy bazaru z owocami. Pytani o niego ludzie, patrzą na nas dziwnie. Nie, nic takiego tutaj nie ma. Można znaleźć jedynie maleńkie straganiki przed domami, które oferują ziemniaki i banany.

W porcie zatrzymujemy się na chwilę w winiarni. Mamy nadzieję skosztować jakiegoś lokalnego przysmaku, ale w ofercie są tylko wina z RPA.

- Nie ma lokalnych? – pytam.

- Może pan zakupić lokalny rum w sklepie wolnocłowym – pada odpowiedź.

Przed wejściem na prom, jak co dzień, dezynfekujemy dłonie. Wirus żołądkowy zepsuł już wakacje tysiącom turystów. Mamy zalecenie, by niczego nie jeść na lądzie. Z tym akurat nie ma problemu. Cztery restauracje na pokładzie dbają o to, byśmy nigdy nie byli głodni.

St. Marteen albo St. Martin

Już sama nazwa sugeruje trudną historię tej wyspy. Podzielili ją między siebie Holendrzy i Francuzi. Walutą jest euro. Przystań w Philipsburgu jest w stanie pomieścić kilkanaście promów. Idąc między nimi, człowiek czuje się, jakby szedł alejką po osiedlu wieżowców. Taksówki wodne wożą ludzi do miasta, gdzie czekają na nich tłumy sprzedawców wszystkiego oraz lokalnych przewodników i taksówkarzy. Królują oczywiście „japończyki”. Nie wytrzymuję i pytam jednego z kierowców, dlaczego na Karaibach jeździ się głównie autami z Japonii. Długo myśli, zaskoczony moim pytaniem. Dla niego to element codzienności.

- Lokalny salon ściągnie ci co tylko zechcesz. Ale nie wiem, czemu wszyscy chcą japońskie – mówi w końcu. – Chyba są tańsze, bardziej trwałe i ekonomiczne.

Ruch na St. Marteen jest prawostronny, jak na Dominikanie, a odwrotnie niż na Grenadzie, Dominice i Antidze, gdzie wpływ Anglików odcisnął swoje niezatarte piętno.

Nie jedziemy nigdzie. Cały dzień spędzamy wędrując wąskimi uliczkami, z urokliwymi sklepikami i knajpkami. Nie wiedzieć czemu, dominują sklepy z diamentami, brylantami i zegarkami. Co rusz wielki, klimatyzowany salon z biżuterią. Oprócz tego sklepy ze sztuką afrykańską lub alkoholami. Natrafiamy też na niewielką uliczkę handlową pełną straganów z pamiątkami i wytworami lokalnych rękodzielników. Najdłuższa kolejka stoi jednak do budki z napojami z owoców guavaberry. Można napić się soku, rumowego ponczu albo zjeść lody. Stawiamy na poncz i już po chwili kręci nam się w głowie, gdy siedzimy na ławeczce pośród tłumów turystów z najróżniejszych części świata.

St. Marteen to pięknie odrestaurowane miasto portowe. Wzdłuż plaży, która co chwilę wyłania się z pomiędzy kolorowych budynków, ciągnie się niezliczona ilość restauracji i kawiarni, oferujących łóżko do opalania, parasol i plażowego kelnera, gotowego przynieść nad sam brzeg morza co tylko dusza zapragnie. Nieopodal rozciąga się wielka laguna – atrakcja dla amatorów podziwiania świata pod powierzchnią morza. Kawałek dalej jest lotnisko, znane z filmików na Youtube. Samoloty lądują tam tuż nad plażą, bo pas startowy zaczyna się tuż za płotem. Niejeden pilot ląduje kilkanaście metrów nad głowami plażowiczów.

Wyspy Dziewicze


Nocą kierujemy się na zachód. Wyspy Dziewicze podzieliły między siebie Wielka Brytania i Dania. Swój drobny udział miała również Szwecja. Podobnie jak Alaskę od Rosji, część tych wysp odkupiły od Danii Stany Zjednoczone. Myślę o USA trochę cieplej. Zamiast najeżdżać, zdobywać i grabić, sięgnęły do kiesy, by posiąść coś bez przemocy.

Road Town, jak sama nazwa wskazuje, to miasto-droga rozciągnięte wzdłuż potężnych gór. Większość domów powstała na wzgórzach, zaś niektóre osiedla wżarły się w żleby, parowy i dolinki do tego stopnia, że z morza wyglądają jakby domy powstały jeden na drugim.

Tortola, choć brzmi z hiszpańska, należy do Brytyjskich Wysp Dziewiczych. Dominują tu mariny pełne łodzi i jachtów, których maszty widać zanim zawinie się do Road Town. Nie zostajemy tu na długo. Wsiadamy na motorówkę i tniemy morze pomiędzy wyspami, których liczba przerasta moje zdolności arytmetyczne. Niektóre są jedynie maleńkimi, niezamieszkałymi skrawkami lądu wystającymi z wszechobecnego morza, inne to ogromne wyspy, pełne zacumowanych jachtów.

Płyniemy na Virgin Gorda. Podobno, gdy ujrzał ją Kolumb, powiedział, że wygląda, jak gruba dziewica leżąca na plecach. Pierwsze, co mnie zdumiewa, to lewostronny ruch przy zachowaniu kierownicy po europejskiej stronie.

Wędrujemy pełną kaktusów sawanną, by dotrzeć do najbardziej niezwykłej plaży, jaką w swoim życiu widziałem. Pośrodku jest cudowny, żółty piasek, ale otaczają ją ogromne głazy, których nie przeniósłby tu Herkules nawet przez całe życie. Są trochę jak te w Górach Stołowych, lecz bardziej okrągłe niż płaskie. Wulkan pluł nimi, niczym podwórkowy chuligan śliną pod trzepakiem, tworząc magiczną układankę. Jedne wbiły się głęboko w dno morza, inne w piasek na plaży, reszta spoczęła na górze. Pomiędzy nimi wyrosły palmy i w ten sposób natura zafundowała amatorom pocztówek urokliwe arcydzieło.

Nocą płyniemy wzdłuż Puerto Rico. Łuna ponad wyspą opowiada nam historie o bezsenności w wielkim mieście. Brytyjscy dżentelmeni wystroili się na bal kapitański. Mają muchy, powpinali sobie wojenne ordery. Towarzyszące im damy tęsknie wspominają lata 60. My wolimy podziwiać z pokładu jasność nad Puerto Rico.

Dominikana

Znów La Romana na Dominikanie. Prosto z promu przesiadamy się na motorówkę i płyniemy na jedną z lokalnych plaż. Dominikana jest płaska i przyjazna. Od morza widać skaliste podłoże, które leży pod dżunglą pokrywającą tę wyspę. Nagle zatrzymujemy się na środku zatoki. Kapitan motorówki mówi, że właśnie minęliśmy kanał między Morzem Karaibskim a Oceanem Atlantyckim. Sugeruje, byśmy weszli do wody. Patrzymy na niego jak na wariata. Dno wprawdzie widać, ale czy to automatycznie oznacza zaproszenie, by wskoczyć? Pierwszy śmiałek zanurza się w wodzie. Sięga mu ledwie do pasa, a jesteśmy na środku akwenu!

Czas na rum

Kiedy już wszyscy są w wodzie, kapitan wyciąga dwulitrową butelkę, colę i plastikowe kubki. Pijemy i szukamy rozgwiazd. Raz po raz rozlega się krzyk radości i ktoś wyciąga z wody ogromną rybę w kształcie gwiazdy. Najczęściej mają kolor różowy lub czerwony, lecz trafiają się również osobniczki posrebrzane.

Mijamy zalane wodą krzewy i przybijamy do molo na plaży pełnej palm.
Hamaki i łóżka już czekają, bar i restauracja też. Ostatni dzień na osłodę. Homary, rum, słońce i morze.

Dominikana po raz trzeci. Raj dla nowobogackich Polaków. I nie tylko. Reklamy głoszą, że już od 3000 zł…

La Romana. Urocze miasteczko. Po trzech, czterech chłopaków mieści się na jednym motorze, ciężarówki bez plandek uginające się pod ciężarem kilkunastu robotników suną żółwim tempem w kierunku miejsca przeznaczenia. Latynoski styl. Wszyscy mówią po hiszpańsku. Walutą jest peso. Żal bierze, że zwiedzaliśmy głównie pozostałości po brytyjskiej ekspansji. Latynosi okazują więcej żywiołowości, radości życia i spontaniczności. Mieszkańcy Wschodnich Karaibów zdają się pamiętać czasy niewolnictwa i kolonializmu. Rzadko się uśmiechają, są zażywni i ociężali. Latynosi za to tryskają energią. Bawią się życiem.

Pas startowy wygląda jak oglądany w filmach prywatny pas narkotykowego kartelu, terminal zaś jest mniejszy niż ten w Krakowie. Za to można palić i pić do woli. Gęsty tłum sunie do odprawy: Gatwick, Manchester, Birmingham, Glasgow. Chmury wiszą nisko. Zapraszają w przestworza. Siedem i pół godziny później:

- W Londynie trzy stopnie. Będą państwo zaskoczeni, ale pada deszcz…

This entry was posted in Reportaże. Bookmark the permalink.

One Response to Karaiby

  1. Benny says:

    Wciągający, jak i obszerny tekst. W zasadzie niczego mu nie brakuje, człowiek czytając potrafi sobie wszystko wyobrazić. Niemniej jednak kilka oryginalnych zdjęć byłoby tu wisienką na torcie :) Autorze, z pośród wymienionych lokacji, która jest najbardziej godna polecenia? Jest ich tyle, i wszystkie zdają się być tak atrakcyjne, że nie wiadomo co wybrać…a urlop jest tylko jeden.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>