Szmul

Przez cały grudzień i połowę stycznia zima udawała wiosnę, burząc naturalny porządek w przyrodzie. Ciągle słyszało się, że trawa próbuje rosnąć, budzą się żaby, a w górach pojawił się niewyspany, zdezorientowany niedźwiedź. Starsi ludzie narzekali na zdrowie, szalała grypa i katar.

Ilekroć zaglądałem do taty, skarżył się, że łagodna zima i niskie ciśnienie przyprawiają go o depresje. Robił herbatę malinową z miodem i zaczynał: kiedyś to były zimy. Chodziło się po pas w śniegu, odmrażało stopy, a na zmarzniętych palcach nóg ledwo dało się chodzić, bo ból przerastał wszelkie wyobrażenia. Kiwałem sennie głową, jednak myślałem swoje. Po co komu taka zima? Zwłaszcza w mieście. Drogowcy zaskoczeni, komunikacja utrudniona, do tego morze błota, kiedy zaspy zaczynają topnieć. Brak śniegu i temperatura na plusie były mi całkiem na rękę.

W dniu, kiedy zaatakowała prawdziwa zima, siedziałem jak zwykle za ladą naszej rodzinnej Mydlarni i posępnie oglądałem przez wystawową szybę kłęby białego puchu zaścielające ulicę. Byłem coraz bardziej wściekły. Śnieżyca przegoniła przechodniów i o przyzwoitym utargu mogłem zapomnieć. Założyliśmy z Marzeną „Mydlarnię na Kazimierzu” przeszło pół roku temu, ale inwestycja zwracała się wyjątkowo opornie. Zadłużyliśmy się po uszy w różnych funduszach dla początkujących, inkubatorach przedsiębiorczości i zwyczajnych bankach, byle tylko uzbierać na trzymiesięczną kaucję i towar. Za wyposażenie posłużyły nam stare meble po dziadkach, które na Kazimierzu od razu zyskały sławę i raz po raz ktoś przychodził pytać po ile ta lampa, szafa, sekretarzyk czy kufer. Nie prowadziliśmy sklepu z antykami, więc doprowadzał nas do szału brak zainteresowania naturalnymi mydłami na wagę, solami i olejkami, które wypełniały przestrzeń po sam sufit.

Gapiłem się bezmyślnie w okno, przez które prawie nie było już widać świata. Zauważyłem znaczne ochłodzenie. Ulice i chodniki zamarzły dosłownie w jednej chwili. Nieliczni przechodnie fikali takie toolupy i inne figury, jakby to była rewia na lodzie. Samochody też tańczyły, więc bardziej wrażliwi kierowcy porzucali je gdzie się dało. Miasto zostało sparaliżowane. Zaparzyłem sobie kawy i z parującym kubkiem wyszedłem na zaplecze wypalić papierosa. Zawsze potem wietrzyłem, otwierając drzwi od podwórka. Gdyby Marzena się dowiedziała, nie obeszłoby się bez awantury. Byłem jednak pewien, że w taki czas żadna klientka do nas nie zajrzy.

Usiadłem na zydelku, popijałem kawę i raczyłem się dymem. Nagle ktoś lub coś zachrobotało do drzwi. W pierwszej chwili uznałem, że mi się zdawało i zignorowałem to, ale za drugim razem pilnie nadstawiłem ucha. Było to ni stukanie, ni drapanie, które pojawiało się w równych odstępach czasu, jak gdyby stanowiło coś w rodzaju szyfru. Zgasiłem peta i łyknąłem kawy. Pogonię szczura, nawet jeśli inteligentny i daje mi sygnały – pomyślałem ze złością.

Na progu stał umorusany sadzą chłopiec.

‑ Dobry… Jest pan Antoni?

Życie we mnie zamarło, kiedy nie ujrzałem czerwonej corsy, którą zaparkowałem przed śmietnikiem kilka godzin wcześniej. Nie było też wypasionej bryki gościa ze sklepu sportowego ani „kanciaka” faceta od dorabiania kluczy. Ba, znikł również sklep sportowy i punkt usługowy ślusarza. To nie było to samo podwórko! Zaścielały je bloki kamieni, zwały węgla i  złomu. Śnieg czerniał od sadzy i popiołu. Większą część parteru budynku naprzeciwko zajmował zakład kamieniarski, a zamiast dorabiania kluczy funkcjonował krawiec. Z murów sypał się tynk, odkrywając blaknące cegły, z futryn okien obłaziła farba, wiele szyb było uszkodzonych lub wybitych. Nad dachami krążyło stado czarnego ptactwa, które dziobało coś na gzymsie. Odwróciłem się. Za oknem wystawowym mojego sklepu nadal istniał kolorowy, żywy Kazimierz, pełen luksusowych aut i współczesnych szyldów. Tylko ludzi jakoś brakło. Burza śnieżna odcięła mnie od świata, a na dodatek działo się coś bardzo dziwnego. Spojrzałem na ubrudzonego chłopca. Posturą przypominał mojego Kamila, lecz na tym podobieństwa się kończyły. Mizerna buzia, płaszczyk wiszący na ramionach niby na wieszaku, ciemne, przeraźliwie smutne oczy – żywy obraz nędzy i rozpaczy.

‑ Jest pan Antoni? – powtórzył.

Miałem wrażenie, że ocknąłem się w samym środku snu.

‑ Jaki pan Antoni? – zapytałem głucho.

‑ Szewc. Nie zostawił dla mnie chleba?

‑ Nie ma tu nikogo takiego.

Zerknął mi przez ramię, jakby chciał upewnić się, czy nie kłamię. Widok wnętrza sklepu wywołał na jego twarzy lęk i konsternację. Zrobiło mi się go żal.

‑ Głodny jesteś? Chodź. Właśnie miałem zamówić pizzę. Możesz wybrać składniki.

‑ Ale pan Antoni…

Miał teraz w oczach rodzaj paniki, który widuje się czasem u ludzi, gdy rzeczy dzieją się inaczej, niż zaplanowali. Spuścił głowę i zaczął grzebać butem w śniegu.

‑ Mieszkasz tu? – spytałem łagodnie.

Pokręcił głową.

‑ Skąd się tu wziąłeś?

‑ Przyszedłem piwnicami. Zawsze przychodzę po jedzenie. Pan mnie nie wyda, prawda?

Poczułem zimny dreszcz. Nic z tego nie rozumiałem, ale postanowiłem przyjąć jego punkt widzenia i reguły gry. Zapewniłem, że nie zamierzam go nikomu wydawać i w końcu wciągnąłem do środka. Niepewnie przekroczył próg, a ja poszedłem po ulotkę pizzerii i telefon.

‑ Lubię dużo mięsnych dodatków, a ty? – powiedziałem z entuzjazmem – Co byś powiedział na szynkę, bekon, salami, a do tego pieczarki, kukurydzę i brokuły? No, i obowiązkowo podwójny ser.

Patrzył na mnie ponuro. Chyba nic nie rozumiał. Wystukałem numer i przyłożyłem telefon do ucha. Sygnału nie było, więc ponowiłem próbę. Sieć albo była całkowicie zajęta, jak w Sylwestra koło północy, albo atak zimy spowodował awarię. Spojrzałem na chłopca żałosnym wzrokiem, ale nic sobie z tego, że nie będzie pizzy, nie robił. Nieśmiało podszedł do piecyka i wyciągnął zgrabiałe, owinięte zaropiałym bandażem dłonie. Był niewiele wyższy od niego, palce rąk miał mniej więcej na wysokości pełgającego po ściance płomienia.

‑ To pan nie pali węglem? – zapytał, pociągając sinym nosem.

‑ Pewnie, że nie. Gazem.

Zmarszczył brwi i lekko pokręcił głową. Chyba mi nie uwierzył.

‑ A tu jest prysznic?

Wskazał obecnie nie używaną przebieralnię z zasłoną na drążku.

‑ Pudło! – roześmiałem się – Przedtem był tu sklep odzieżowy. Panie przymierzały tam bluzki i garsonki.

Znów pokręcił głową, ale już wcześniejszego przekonania.

‑ Szewc…

Nie wiedziałem o co chodzi z tym szewcem, więc przemilczałem sprawę. Przypomniałem sobie, że mam gdzieś nie zjedzoną wczoraj kanapkę i jakieś owoce, które co rano Marzena zapakowała mi do torby. Wziął ostrożnie zawiniątko i zajrzał do środka. Srebrna folia nie wzbudziła w nim żadnych uczuć, lecz na widok chleba z żółtym serem, pomidorem i sałatą, uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd poczerniałych zębów. Znów pomyślałem o moim złotowłosym, ślicznie ubranym przez mamę, roześmianym synu, który teraz pilnie wkuwał coś w zerówce.

‑ Jak ci na imię?

Długo nie odpowiadał, tylko żuł i przełykał, jak gdyby to był jego ostatni posiłek w życiu. Dopiero, kiedy spałaszował całą kanapkę, powiedział:

‑ Szmul.

‑ Co?

‑ Mam na imię Szmul.

‑ Hm, dziwnie.

‑ Normalnie. Jestem Żydkiem.

‑ Kim? Aha…

Jakoś zgrzytliwie mi to zabrzmiało. Nawet język był dla tego narodu okrutny i niesprawiedliwy. Żyd – toporne, nieładne słowo. Żydek – wyraz z nutą bezgranicznej pogardy. Żydostwo – brzmi podobnie, jak dziadostwo. Od przeszło sześciu miesięcy pracowałem na terenie byłej żydowskiej dzielnicy, a nigdy nie doznałem na temat tego miejsca głębszej refleksji. Ot, matryca komercji i turystyki – knajpy, hotele, muzea, synagogi – nałożona na historyczną dzielnicę. O Żydach zresztą myślałem tak samo często, jak o Arabach, Chińczykach i Indianach. Łączyło ich wszystkich to, że mieszkali gdzieś daleko. A teraz miałem w sklepie żydowskiego chłopca, jak ze starego filmu, szukającego szewca Antoniego.

‑ A mój tata miał taki sklep – pochwalił się Szmul.

Z przyjemnością zauważyłem, że po mojej kanapce stał się żywszy i bardziej rozmowny.

‑ Tak? I co się stało?

‑ Zabrali mu.

‑ Jak to zabrali?

‑ Zwyczajnie.

Nie pytałem więcej, żeby nie dowiedzieć się zbyt dużo. Sytuacja była dostatecznie dziwaczna. Dałem mu kilka mandarynek, banana i kiwi. Z tym ostatnim nie umiał sobie poradzić, więc obrałem je i kazałem gryźć po kawałeczku. Mlaskając, w błogim zadowoleniu, zrobił obchód sklepu, oglądając wszystko z ciekawością. Przystanął przy blokach mydła i długo im się przyglądał.

‑ To są mydła – pospieszyłem z wyjaśnieniem – Kroimy je i sprzedajemy na wagę. Nawilżają, natłuszczają, nadają skórze sprężystość, odświeżają…

‑ Z czego się robi mydło? – przerwał mi, dotykając koziego mleka z miodem.

‑ Z tłuszczu.  Te akurat z gliceryny. Wszystkie, które tu widzisz, wyrabia się ręcznie z dodatkiem ziół, substancji roślinnych i minerałów, na przykład z Morza Martwego. Wiesz gdzie leży Morze Martwe?

Chłopiec pokręcił głową. Był dziwny. Ciągle zadawał pytania, ale bardzo szybko tracił zainteresowanie, jak gdyby mu się spieszyło albo nie starczało cierpliwości. Wrócił do piecyka i zatarł dłonie.

‑ Wiem, na pewno chciałbyś postrzelać do kaczek – rzekłem, wskazując stojący na ladzie komputer, który miał pomagać w pracy, ale na ogół pozwalał zabić nudę. Mam fajną gierkę. Strzelamy na czas. Kto więcej. Chcesz?

Znów pokręcił głową. Włożył do ust kawałek mandarynki i długo smakował.

‑ A do Szkopów? – nie ustępowałem.

Spojrzał na mnie z bezgranicznym przerażeniem. Pomyślałem, że mam dość. Sztywnym krokiem wyszedłem na zaplecze i zapaliłem papierosa. Było mi obojętne, że będzie śmierdzieć. Musiałem czymś zająć dygoczące ręce i uraczyć organizm toksyną. Szmul postał jeszcze chwilę przy piecyku i ruszył za mną.

‑ To jest sen, prawda? – spytałem błagalnie.

Wzrok jego ciemnych źrenic zaczął razić mnie w oczy. Byłem bliski załamania. Czułem, że jeżeli w końcu nie wyjaśni się, o co w tym wszystkim chodzi, zacznę krzyczeć, wybiegnę z tego cholernego sklepu i więcej nie wrócę.

‑ Czasami też tak myślę – odezwał się cicho – Ale nie ma takich snów.

Zamilkliśmy. Podszedł do drzwi i szarpnął klamkę. Usłyszeliśmy serię z karabinu. Ciętą, świszczącą w uszach. Zakrztusiłem się dymem, a Szmul pobladł gwałtownie. Bez słowa pobiegł do piwnicznego okienka. Podeszwy jego butów zatrzepotały i tyle go widziałem. Spojrzałem w górę. Tam, gdzie kłębiło się czarne ptactwo, zobaczyłem wysuniętą zza krawędzi dachu rękę. Byłą rozwarta, jakby chciała złapać kawałek spadającego nieba. Szybko zatrzasnąłem drzwi i przekręciłem wszystkie zamki. Włączyłem radio, żeby zagłuszyć rozszalałe myśli. Działało! Spiker podał, że sytuacja jest prawie opanowana i miasto powoli wraca do życia. Kołujące od godziny samoloty z zagranicznymi delegacjami wreszcie mogły wylądować w Balicach, a VIP-y udać się do hoteli i przygotować do jutrzejszych uroczystości. Za szybą pojawili się pierwsi od  dawna ludzie – dozorcy tłukli lód, odśnieżali i posypywali solą, przechodnie wyszli na spóźnione zakupy.

Kiedy weszła pierwsza klientka, poczułem, że mój świat odzyskał proporcje.

(z tomu „Szorty 2″)

This entry was posted in Opowiadania. Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>