PODSTAWIONY (rozdział 1 – fr.)

Świat obserwowany przez człowieka leżącego na bruku robił niesamowite wrażenie. Drzewa wydawały się bardziej strzeliste, domy nazbyt wysmukłe, ulica nieskończona. Uśmiechnąłem się z podziwem. Stan, w jakim się znajdowałem, pozwalał docenić tę niezwykłą odmianę. Zdążyłem jeszcze dostrzec mdły neon i nikłe światła ulicznych lamp, a potem moje oczy zaszły mgłą. Pośrodku niej zawisł jasny punkcik. Zaczął wirować, niby zagubiony świetlik i nagle uleciał gdzieś do góry. Znów ujrzałem widok zapuszczonej ulicy.

Na asfalcie przed moją twarzą upadł zużyty papieros, eksplodując fontanną pomarańczowych iskier. Czyjś but przydeptał go lekceważąco. Był to modny, sportowy bucior, kupiony w salonie firmowym. Wprost z niego wyrastała noga ubrana w firmowy dres. Odgłosy oddalających się kroków dudniły mi w głowie, stając się powoli dźwiękiem trudnym do wytrzymania. Z wielką ulgą powitałem ciszę, jaka później nastała.

W polu widzenia pojawiła się twarz zatroskanej dziewczyny, z furą jasnych włosów i zakrwawionym nosem. Nie wyglądała apetycznie. Po całonocnej balandze, jej oczy podkreślały ciemne łuki zmęczenia, zaś makijaż na policzkach całkiem się rozmazał. Może ją znałem, a może tylko pamiętałem. Nie chciało mi się nad tym zastanawiać. Powoli wyciągnęła rękę: zdała mi się być jakimś monstrualnym przedmiotem, którym mi groziła. Zląkłem się, że znów będę musiał walczyć z bólem, jednak tym razem kontakt z drugim człowiekiem oznaczał ciepły, przyjemny dotyk.

- Dlaczego się wtrącałeś? – usłyszałem zatroskany głos.

Leżałem z policzkiem wtulonym w asfalt i półprzytomnie spoglądałem przed siebie. Przez jakiś czas czułem bijący od chodnika chłód, później rozgrzałem ten swój kawałek ziemi. Kolana miałem podkurczone, ręce przyciśnięte do obolałego brzucha. Jakimś cudem okulary na moim nosie były całe. Leżałem wygodnie na boku, lecz kiedy próbowałem przemieścić gałki oczne do góry, by spojrzeć na dziewczynę, musiałem krzywić się z bólu.

- Dlaczego?  – nie ustępowała.

- Jestem dżentelmenem…

- A ja siostrą Faustyną. Możesz wstać?

Starała się delikatnie podnieść mnie z chodnika, ale z powodu narastających jęków i syków, szybko zaniechała wysiłków.

Z głębi ulicy Czarnowiejskiej nadjechał maluch wypełniony po brzegi pijaną młodzieżą. Muzyka wściekle dudniła, wspomagana chórem tubalnych głosów. Pojazd zwolnił, wszyscy pasażerowie przyglądali się scenie na bruku z drapieżnym zainteresowaniem. Dziewczyna tylko machnęła ręką, żeby odjechali. Wybuchli śmiechem. Jeden z nich wysiadł i oddał mocz pod jednym z drzew, wcale się nie krępując jej obecnością. Odjechali pośród salw śmiechu.

Dziewczyna ponownie nachyliła się nade mną.

- Sprowadzę Pogotowie.

- Taksówkę – jęknąłem cicho.

Bez namysłu wyjęła rozkładanego, babskiego Ericsona. Drżącą dłonią wystukała numer i zaczęła nerwowo spacerować wzdłuż mojego, wyciągniętego na bruku ciała.

- Pod ”38” na Miasteczku Studenckim, proszę….

Schowała telefon i usiadła obok, na krawężniku. Ukryła twarz w dłoniach. Cisza wpijała się w  uszy, przegryzając się do głębi skołatanej głowy.

- Żeby tak chociaż ptaki zaczęły śpiewać – mruczała między własne nogi moja ratowniczka – Przecież już powinny…

Ale świt nie nadchodził. Ujrzawszy majaczące w oddali światła, zerwała się i pobiegła im naprzeciw. Wyczułem jej napięcie i po raz kolejny spróbowałem podnieść się o własnych siłach. Zdołałem jedynie oprzeć się na łokciu i na krótką chwilę ujrzeć świat w normalnej perspektywie. Nie spodobało mi się to. Złożyłem głowę na asfalcie i cierpliwie czekałem. Po chwili rosły taksówkarz wziął mnie pod pachy i postawił na wiotkich nogach. Zaciągnęli mnie wspólnie do samochodu i ułożyli na tylnym siedzeniu, gdzie od razu rozparłem się, niczym król. Dziewczyna wsunęła głowę przez drzwi, uśmiechając się lekko. Teraz mi się podobała – zużyta, zmęczona, naznaczona piętnem burzliwej nocy.

- Jestem twoim dłużnikiem – położyła mi wizytówkę na kolanach i trzasnęła drzwiami – Wyśpij się i zadzwoń.

Długo patrzyłem za jej widmową sylwetką, rozczarowany faktem, że nie jedziemy razem. Znikła za rogiem ulicy, a mnie niespodziewanie zachciało się płakać. Siłą woli powstrzymałem się, by nie pobiec za nią. Taksówkarz ruszył Czarnowiejską. Po chwili odwrócił się z wyrazem zniecierpliwienia na ciemnej twarzy.

- To dokąd jedziemy?

- Do domu…

Na jego oczach opuściłem głowę na pierś.

- To znaczy gdzie?

- Do domu…

Taksówkarz przez chwilę kiwał głową do własnych myśli, a potem zatrzymał auto i zdecydowanym ruchem otworzył drzwi. Mrucząc pod nosem najbardziej wyszukane przekleństwa pod moim adresem, swojej pracy i życia w ogóle, wyciągnął mnie z auta i zaciągnął pod najbliższą bramę. Tam posadził mnie opartego o ścianę i już miał odejść, gdy ujrzał przyciski domofonu wbudowane w ścianę. Uśmiechnął się krzywo i nacisnął pierwszy lepszy guzik. Nikt się nie odzywał. Wybrał drugi i natychmiast usłyszał gromkie:

- Halo?!

W odpowiedzi charknął podle i splunął mi pod nogi. Nie zwracając uwagi na wrzaski w domofonie, wsiadł do taksówki i szybko odjechał. Domofon z trzaskiem wyłączono. Nikt jednak nie zszedł, by sprawdzić, kto jest na dole. Poczułem się śmiertelnie zmęczony. W jednej chwili stałem się doskonale obojętny, wyciszony, zaprzedany snom. A na skraju nieba wspinał się po ścianie nocy trupioblady świt.

This entry was posted in Powieści. Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>