PODSTAWIONY (Rozdział X)

- Więc tak się sprawy mają – rzekł lekarz zbyt wesołym jak na mój gust tonem – To zwyczajna depresja spowodowana śmiercią bliskiej osoby.

Gazety pełne były ogłaszających się psychiatrów i zespołów leczniczych. Wybrałem tego, który prowadził praktykę najbliżej. Nazywał się Roman Pastusiak i mienił specjalistą. Omal nie wygłupiłem się na wstępie i nie zapytałem głosem Królika Bugsa: „what’s up, doc”?! Wszystko przez jego śmieszne okularki, długi nochal i durną fryzurkę. Rozsiadłem się na mało wygodnej kanapie, a potem bez zbędnych konfabulacji wyłożyłem mu sprawę. Nie liczyłem na jego pomoc. Chciałem się rozerwać i przy okazji wyłudzić jakieś psychotropy, o których zbawiennym wpływie tyle się nasłuchałem.

- Dwóch osób, doktorze – zaprotestowałem – A w depresji to ja jestem od dawna.

Przyjrzał mi się z wystudiowaną powagą. Długopis, którym się przez cały czas bawił, w końcu wypadł mu z dłoni i wturlał się pod biurko. Nie spuszczając ze mnie oka, schylił się i zaczął obmacywać wytartą wykładzinę. Dostałem dziwnej głupawki. Zamiast próbować skupić się na współpracy z lekarzem przy ustaleniu wstępnej diagnozy, zastanawiałem się, czy jest zwolennikiem Freuda czy Lacana, czy ma udane życie seksualne i jaką nosi pidżamę.

- Zatem uważa pan, że stan tej – nazwijmy to – depresji, trwa już jakiś czas – podjął utracony wątek, gdy długopisu i tak nie odnalazł – Czym się pan zajmuje?

- Zawodowo?

- Na początek może być.

- Parę dni temu straciłem pracę. Firma zbankrutowała. Dwanaście osób znalazło się na bruku. Pracowałem w dziale kampanii reklamowych dla wybranych branż. Obmyślałem projekt, potem czuwałem, by całość przebiegała bez kłopotów i odniosła zamierzony skutek.

Gdybym traktował go poważnie, przyznałbym się, że dużych kampanii wcale nie prowadziłem, a moją główną działką były drobne ogłoszenia prasowe.

- A co pan robił poza tym?

Tu mnie trafił. Chcąc nie chcąc, zwierzyłem mu się z dziesiątek, setek zajęć, jakich się imałem i tysiącach pomysłów na fajne życie. Miałem skorzystać z funduszów przedakcesyjnych i prowadzić maleńką kawiarenkę poetycką, gdzie zainteresowani mogli nabyć tomiki młodych i nieznanych. Miałem wydawać gazetkę pt. Trans-Media, kolportowaną w środkach masowej komunikacji w każdy poniedziałek miesiąca – zastrzegłem nawet sądownie prawa do tytułu. Miałem handlować koszulkami z różnymi obrazkami, jak mapa Polski z oznaczonymi puszkami piw miejscami: Żywiec, Warka, Tychy, Brzesko Okocim lub napisami: miejsce na twoją reklamę, czy nie ma co rozwodzić się nad ślubem. Miałem być właścicielem knajpy przedrannej o uroczej nazwie „Reanimacja”. Miałem ze Svenem zrobić film o Krakowie dla turystów zagranicznych oraz stworzyć od podstaw serial telewizyjny o studenckim życiu. Miałem z Bartkiem przygotować Leksykon Polskiego Kina Najnowszego 1980-2000, a z Luisem jeszcze raz spróbować kolektywnego wydania naszej prozy i zorganizować Konkurs Poezji Pijackiej, przy którym honorowym jury miały być portrety Lowry’ego, Bukowskiego i Jerofiejewa. Miałem robić tysiąc rzeczy, ale mój entuzjazm topniał szybciej, niż kasa w portfelu emeryta. Przez pół godziny nawijałem z pasją o swoich zespołach muzycznych – punkowej kapeli Długi Pierd i formacji poetyckiej Grupa Jednorazowego Użytku, o setkach opublikowanych materiałów i niedokończonych utworów. Wyszło na to, że najbardziej w życiu liczę na literaturę.

- Kiedyś zadałem sobie pytanie: po co ja wypisuję te wszystkie bzdury i zaraz odpowiedziałem: bo chcę trafić na uniwersytety. Pragnę, by to, co stworzę, gromada intelektualnych patologów rozebrała na czynniki i nie mogła się mnie nachwalić. Panie doktorze, czy istnieje bardziej żałosny powód czyichś dążeń? To przecież pod strzechami imię twórcy brzmi najdonioślej, a jego pamięć czci się najbardziej uroczyście. Tata ciągle mi dokuczał i pewnie miał rację. Mówił: skoro już musisz pisać, rymuj synu jak Tuwim. Ludzie lubią rzeczy łatwe i przyjemne. To, co wypisujesz szczęścia ci nie da. Pamiętasz, jak cię ostrzegałem, że smutne piosenki o psach wyjących na polach, nikogo nie interesują? Daliście dwa koncerty dla kilkunastu osób, a muzyka ludowa przyciągnęłaby wam tłumy.

Doktor Pastusiak cierpliwie słuchał, nie mrugając nawet powieką. Dopiero wtedy poczułem do niego nutę szacunku i utwierdziłem się w przekonaniu, że nie gadam po próżnicy.

- Kocha pan rodziców? – zapytał, nie przestając świdrować mnie oczami.

- Mamę kocham bardzo, ojca raczej nigdy nie kochałem.

- Mieliście zatargi?

- Myślę, że Edyp w tym nie maczał palców – uśmiechnąłem się przebiegle – Zawsze byłem dzieckiem skrytym i samotnym. A rodzice mi nie przeszkadzali, bo poza tym uczyłem się w miarę, miałem dużo kumpli i jeszcze więcej zainteresowań. Zatargi przyszły dopiero, gdy tata stwierdził, że czas stać się mężczyzną. Był złotą rączką. Chciał mnie nauczyć wszystkiego. Nalegał, bym chodził z nim na fuchy i uczył się hydrauliki, mechaniki i elektryki. A ja wolałem czytać i gapić się na filmy. Wtedy za parę butelek po jabcoku, znalezionych w parku, miałem bilet do kina. Rodzice żartowali, że hydraulik, kominiarz, czy elektryk na pewno do mamy nie zachodzili pod nieobecność ojca. W grę mógł wchodzić listonosz po studiach zaocznych lub ankieter – ktoś, kto dał mi geny jajomózga. Stary wysyłał mnie do technikum, poszedłem do liceum. Później nalegał, żebym szedł na polibudę, a ja zdałem na filmoznawstwo. Kompletnie mu się nie udałem, ale przynajmniej już nie wysłuchiwałem tyrad, że całymi dniami oglądam filmy. Był dziwny, trochę marudny, trochę nudny. Nie sądzę, by mama go kochała. Po prostu przyzwyczaiła się do niego i tak już zostało. Rodzice tworzyli dramatyczny teatr codzienności głównie ze względu na mnie. On pracował całymi dniami, mama zajmowała się domem. Kiedy wyruszyłem po dyplom i na podbój świata, mogli się swobodnie rozejść i żadnej tragedii by nie było. Śmierć ojca załatwiła sprawę za nich.

Doktor wykonał pierwszy gest od czasu, gdy macał wykładzinę pod biurkiem. Dotknął delikatnie czoła i poprawił okulary. Machinalnie zrobiłem to samo.

- Nie mam złudzeń – kontynuowałem, bo on najwyraźniej nie wiedział co powiedzieć – Wszelkie istnienie najpierw jest pojedyncze, a dopiero potem dąży do tworzenia związków i par. Na końcu również liczy się pojedynczość. Wszechświat to arena samotnych jednostek.

- Przemawia przez pana gorycz niespełnionych pragnień na temat życia osobistego – rzekł w końcu doktor – Ale to nie powód, by od razu wybierać się do psychiatry.

- No wie pan – potrząsnąłem ramionami – Można się żalić byle komu w knajpie, choć nie ma gwarancji, że coś sensownego odpowie. Nawet, jeśli nie do końca wiedziałem, po co do pana idę, z każdą chwilą zbliżam się do celu.

- Jak to?

- Tracę grunt pod nogami, zapadam się w sobie, zaczynam wątpić w sens mojego bytowania w świecie. Dopóki wierzyłem, że mam do czegoś talent i jestem w jakiś sposób potrzebny, było ok. Lecz wiarę utraciłem…

Doktor Pastusiak wreszcie coś zanotował notatniku, który przed nim leżał.

- Wielu ludzi ma do czegoś talent – stwierdził po chwili – I tłamszą je, bo życie nie zawsze daje sposobność ich realizacji. Z tego co widzę, tryskasz zdolnościami, ale brakuje ci talentu najważniejszego – cierpliwości. Zaczynasz, nie kończysz i oskarżasz się o lenistwo. Psychiatria jest w tej kwestii bezradna.

Nie po raz pierwszy i nie ostatni doznałem u Pastusiaka gwałtownego olśnienia. Zerwałem się z kanapy i zacząłem spacerować. Zawsze tak robiłem, kiedy przychodziła pora na poważne wynurzenia.

- To inaczej, doktorze. Dojrzewa we mnie decyzja, by podążyć za Bartkiem. Mój absolutyzm nie zezwala na to, bym dopuścił się dalszej utraty wiary w siebie. Jeżeli to nie jest problem dla psychiatry, to został mi jeszcze ksiądz i barman.

- Chcesz popełnić samobójstwo? – zapytał wyraźnie wstrząśnięty.

- Powiem tak, nie wykluczam – odparłem zadowolony jego reakcją – Życie mogłoby uchodzić za piękne, gdyby to piękno było bezdyskusyjne. Wielka liczba niezadowolonych w naturalny sposób burzy harmonię.

- Dlaczego wciąż mówisz w ten sposób? – lekarz rozłożył idealnie wypielęgnowane ręce – Złotymi myślami, sentencjami, pretensjonalnymi zwrotami?

Wkurzyłem się nie na żarty. Kopnąłem krzesło, które przewróciło się z hukiem.

- Słyszę to po raz nie wiem który?! – wrzasnąłem – Dżizus, kurwa, ja pierdole! Wszyscy chcą Koterskich! Tak też, do chuja ciężkiego potrafię! Każdy to umie. Może sposób wypowiadania się jest moim jedynym wyróżnikiem wśród miliardów. Może w ten sposób zaspokajam swoją potrzebę odbijania się na jakimś tle. Bohaterowie mojej prozy też nie mówią ludzkim językiem, tylko ładnie skrojonymi frazami i to dlatego stale nikt jej nie chce. Ale nie mam zamiaru tego zmieniać. I chcę mówić tak jak mówię.

Doktor gapił się na mnie wielkimi oczami. Musiał nimi widzieć człowieka potrzebującego pomocy i własną bezradność. Nasze milczenie trwało dobre kilka minut. Zdążyłem podnieść przewrócone krzesło i spokojnie na nim usiąść.

- Nerwowy pan jest – usłyszałem zbędny komentarz, ale ponieważ to ja płaciłem za czas pracy doktorka, musiał się ze mną dogadać – Obgryza pan paznokcie.

- Namiętnie od 15 lat. Pan za to korzysta z usług pedicurzystki.

Lekarz uśmiechnął się zakłopotany.

- I chodzę na loda na Pawią i Zacisze – szydziłem – I walę konia. I lubię seks na Hiszpana. I dłubię w nosie. I chodzę w dziurawych skarpetkach. I lubię mieć ogolone jaja. Czy to w czymś przeszkadza?

- Miałem na myśli symptomy nerwicowe – bąknął Pastusiak – Szukam dla pana kwalifikacji…

- Dziękuję – mruknąłem całkiem już zrezygnowany – Ja już wiem, co jest grane. Nie czuję się dobrze w swojej skórze. A poza tym, takim jak ja najtrudniej przyznać, że się jest przeciętnym człowiekiem. Ot, cała prawda. Przy drobnym udziale psychiatry.

I wtedy olśniło mnie po raz ostatni. Przypomniałem sobie, jak przed paroma laty byliśmy z Luisem w „Łaźni” na projekcji „Salo, czyli 120 dni Sodomy” Passoliniego. W naiwności swojej pragnęliśmy zgłębić wielkie zamysły mistrza prowokacji i przez pewien czas tak było. Niestety, kiedy oprawcy zaczęli zmuszać ofiary do jedzenia fekaliów, szybko wyprowadziliśmy się z sali projekcyjnej do baru, by zapić browcem niesmak. Zapamiętałem, że jeszcze przez kilka tygodni, widok psiego gówna na trawniku powodował u mnie odruch wymiotny. Ale nie to było istotne. Najważniejszą sprawą zdało mi się pojawienie dwóch dziwnych panienek, które uparły się, że koło nas usiądą. Luis od razu je zaprosił, ale ja miałem nastrój antykobiecy. Tym bardziej, że obydwie wyglądały, jakby wyszły prosto z punktu sprzedaży taniej odzieży i wybierały się na wystawę najmodniejszego obecnie artysty. Luis w swoich spodniach z wojskowymi wypustkami, czerwonej bluzie od dresu i z dokładnie ogoloną głową, sprawiał wrażenie gościa na tu i teraz, ja dla odmiany byłem prosto z pracy, w długim, czarnym płaszczu, garniturze i pod krawatem, a fryzjera widziałem jakiś miesiąc wcześniej i to w telewizji. Od początku te kobiety patrzyły na mnie jakoś tak dziwnie, ja też nie szczędziłem im odpychających spojrzeń. Były zwyczajnie brzydkie, mało interesujące i ordynarne, lecz Luisowi w jakiś przewrotny sposób odpowiadały. Siedziałem bez słowa i z coraz bardziej kwaśną miną, oni zaś dyskutowali w najlepsze, uśmiechając się do siebie, jakby zaraz mieli przejść do wyra z baldachimem i we trójkę dokończyć wieczór.

Jedna z nich w końcu nie wytrzymała i patrząc na mnie nienawistnym wzrokiem, wysyczała:

- Ty jakiś podstawiony jesteś!

Spojrzałem na nią nic-nie-rozumiejącym wzrokiem. Dodałem sobie otuchy potężnym łykiem piwa i czekałem co będzie dalej.

- Nie pasujesz – ciągnęła jadowitym głosem – Skąd ty się w ogóle wziąłeś?! Nie powinno cię tu być.

Uśmiechnąłem się blado i skinąłem głową, przyznając jej absolutną rację.

- A gdzie powinienem być? – podpytałem.

- Nigdzie!

- Ty głupia kurwo…- zacząłem, ale kończyć mi się nie chciało.

Przeprosiłem Luisa i zostawiłem ich samych. Posępnie wróciłem do akademika. Mieszkaliśmy wtedy na Bydgoskiej razem. Po drodze, nie wiadomo czemu, kupiłem słoik marynowanych śledzi. Usiadłem nad otartym słojem i rozmyślałem, co ta szpetna napastniczka miała na myśli. Żałowałem, że się uniosłem i nie wypytałem o więcej szczegółów jej zaskakującej teorii. Uzmysłowiłem sobie, że co jakiś czas ktoś reaguje na mnie z niezrozumiałą gwałtownością, jak gdybym budził w nim najgorsze uczucia. Co jakiś czas ktoś odmawiał mi prawa do istnienia lub przynajmniej przebywania w pobliżu. Potem o tym zapomniałem, bo spotkałem innych ludzi, którzy zatarli we mnie wrażenie każdej takiej traumy. Przypomniałem sobie to dopiero podczas pogawędki u Pastusiaka. Patrząc w jego szklane oczy, z masochistyczną przyjemnością kontynuowałem przykre wspomnienia. Sporo, całkiem sporo osób miało wobec mnie krytyczne uwagi, ale na ogół były uzasadnione. Tata: „W kogo ty się wrodziłeś? Lewe ręce, głowa lekka. Nawet na poetę jesteś zbyt leniwy”. Mama: „Mycie zębów to jedyna rzecz, jakiej zdołałam cię nauczyć”. Nauczycielka matematyki: „Odmawiasz sobie chęci do logicznego myślenia, więc ja odmawiam ci prawa przejścia do następnej klasy”. Ola: „Nie mogę ci ufać. Gdyby w życiu trafiło nam się jakieś nieszczęście, poszedłbyś na piwo, a ja zostałabym sama”. Jakaś studentka biotechnologii po imprezie: „Okropnie wychodzą ci żyły. Nie mogłabym z tobą iść do łóżka”. Doktorka od językoznawstwa: „ Trójkąt Ogdena i Richardsa to temat eliminujący ze studiów większość kretynów, żegnam”. Szefowa marketingu mojej byłej firmy: „Masz pomieszaną hierarchię wartości. Bez wiary w autorytety nie można osiągnąć rozwoju zawodowego”. Komisja kwalifikująca na studia doktoranckie: „Do zobaczenia za rok. Liczymy, że temat pana pracy będzie nam bardziej odpowiadał”. Jury pewnego konkursu literackiego: „Proszę poczytać Edgara Alana Poe”. Tysiące sytuacji, jakie wypierałem przez lata, próbując ocalić resztki szacunku do samego siebie.

Ta panna z Łaźni albo była stuknięta, albo przekazywała mi wolę niebios. Z przyczyn osobistych wolałem tę drugą ewentualność. Sam przecież od bardzo dawna przeczuwałem, że na dłuższą metę nie dam rady funkcjonować w narzucanych przez życie warunkach.

- Jestem podstawiony, doktorze – mruknąłem zrezygnowany – Jakby to ktoś inny miał tu być zamiast mnie, a ja gdzieś tam za niego. Nie akceptuję swojego tu i teraz.

- A gdzie się owo tam znajduje? – spytał bystro lekarz.

- Myślałem, że pan mi to powie – westchnąłem.

Pastusiak rozłożył bezradnie ręce. Zrozumiałem, że odpowiedzi na najtrudniejsze pytania nie sposób znaleźć wśród ludzi.

- Tego zrobić nie mogę, ale mogę zaproponować panu ciekawą zabawę. Z grubsza polega na tym, że robimy na kartce papieru dwie rubryki. W pierwszą wpisujemy swoje dobre osiągnięcia, w drugą złe, potem na następnej stronie analogicznie wpisujemy, co się dobrego zdarzyło za naszego życia, a co złego. Na koniec robimy bilans. Taka łamigłówka.

- To nie będzie żadnej mitoterapii ani nic takiego? – zaśmiałem się.

- Książek się pan naczytał – rzekł poważnie lekarz – Spróbujemy?

Wzruszyłem ramionami. Każda chwila spędzona w jego gabinecie opóźniała mój ponowny kontakt ze światem. A nie miałem już do czego wracać.

Zażyczyłem sobie, abyśmy zaczęli od drugiej części zabawy, na co doktor z ochotą przystał. Z namysłem zacząłem wymieniać, że za mojego życia upadł komunizm, Polska wstąpiła do NATO i szykowała się do Unii Europejskiej, Polak został Papieżem, Miłosz i Szymborska dostali Nobla, polska reprezentacja kilkakrotnie grała na Mistrzostwach Świata, młodzieżówka zdobyła srebrny medal w Barcelonie, Małysz przeskakiwał skocznie, Korzeniowski wydeptywał kolejne złote medale, Legia i Widzew grały w Lidze Mistrzów, Wajda dostał Oskara za całokształt, Jackson przymierzał się do ekranizacji „Władcy Pierścieni”, polskie młode kino rozkwitało w fantastyczny sposób…

Zabawa w tej fazie była o tyle fajna, że robiło się ciepło na sercu na myśl o tym wszystkim. Ze złem za swojego życia miałem spory kłopot. Doktor zaśmiał się, że to normalne – nikt nie widzi zła, bo woli uniknąć przykrych refleksji. Stwierdził, że w tej mierze nie odbiegam od reszty optymistycznie nastawionego świata, ale jakoś mnie to nie pocieszyło. Z konieczności wymieniłem kruchą gospodarkę, bezrobocie, niebezpiecznych oszołomów w polityce i różne konflikty, wojny oraz problemy, które zdały mi się tak odległe, że aż mało prawdopodobne. Pastusiak nieubłaganie obliczył, że pozytywy są zdecydowanie bardziej konkretne i liczebne, co miało oznaczać triumf jasnej strony mojej osoby. Od tego momentu zabawa zaczęła mnie drażnić. Dopiero po namolnej perswazji doktorka przystąpiłem do pominiętej części i wymieniłem z grubsza: dyplom ukończenia mało ważnych studiów, kilka lat pracy w branży reklamowej, kilkanaście różnej rangi nagród w konkursach dla piszących, zapłacone na rok z góry mieszkanie, kilka pomniejszych rólek w niewielkich filmach, wydanie kolektywnego tomu prozy, uczucie do Oli i…Marty. Pastusiak kibicował moim wynurzeniom, jakby patrzył na zawody sportowe dla przedszkolaków. Zapytałem, czy mogę zapalić. Odmówił. Machnąłem ręką i z mety zacząłem wymieniać swoje braki. Mówiłem z dziesięć minut, obserwując z niekłamaną satysfakcją, jak mina mu rzednie, dłonie pocą się, a biurko ugina pod ciężarem umęczonych łokci.

- Na koniec tak zwanej zabawy, chciałbym dodać, czego bym sobie życzył, aby mi się przydarzyło. Chciałbym wreszcie coś skończyć. Wiersz, opowiadanie, powieść, modlitwę, cokolwiek… Być może w niemożności ukończenia tkwi jakaś namiastka nieskończoności, ale ja chciałbym coś po prostu skończyć.

- Dać panu receptę? – zapytał głucho lekarz.

- Dzięki. Chciałem tylko pogadać.

Psychotropy nie były mi już potrzebne. Wolałem walnąć browca i z kimś pogadać. Wyjąłem papierosa. Przesuwając go sobie między palcami, zostawiłem co łaska według cennika.

- Panu potrzeba kogoś do konfrontacji, nie psychiatry – mruknął Pastusiak, jakby chciał usprawiedliwić fakt, że gotówka nieodwołalnie trafi do jego wypchanego portfela – Ma pan jedną świetną cechę. Niby pan pyta, lecz ma w zanadrzu gotową odpowiedź.

Wyszedłem od Pastusiaka na giętkich nogach. To, co miało być fajną zabawą, okazało się druzgocącym przeżyciem. W ulicznym bankomacie sprawdziłem stan moich finansów. Był opłakany i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo nie dałem rady powstrzymać łez. Znów wspomniałem Luisa z czasów, kiedy klepał twórczą biedę. Zawsze miał wrażenie, że zza bankomatu wyjdzie Murzyn z wielką pałą i powie: brak środków. Uśmiechnąłem się przez łzy, wyobrażając sobie taką scenę. W każdym razie Luis był teraz dużo bliżej prawdziwego życia, niż ja. Przez lata wydawało mi się, że stwarzam siebie, a wytrącałem sobie z ręki wszelkie atuty. Kim jestem? – zapytałem smętnego odbicia w sklepowej witrynie. Jako człowiek nic nie posiadam, nie mam wartości, brak mi celu. Jako twórca nie dysponuję żadnym dziełem. Jako mężczyzna nie mam kobiety ani perspektyw rodzinnego życia. Jako pracownik, utraciłem pracę i chęć jej odzyskania. Jako taki jestem życiu zbędny. Sobie także.

- Źle wyglądasz – stwierdził Mateusz, kiedy klapnąłem za barem.

- Kim ja według ciebie jestem? – spytałem.

Nabrał powietrza i od razu je wypuścił. Widziałem, że nie bardzo wie, co powiedzieć, ale przenikałem go niecierpliwym spojrzeniem. Zanim odpowiedział, spokojnie nalał mi piwo.

- Gościem, który w naszej mieścinie wygrywał konkursy i pisywał do gazet, a w Krakowie realizuje tysiące pomysłów, o których tyle mi opowiadał.

- Dzięki – uśmiechnąłem się blado i zająłem szklanką.

Odszedłem na bok, kiedy jakieś znajome Mateusza usiadły przy barze i zaczęły świergotać o nowym, modnym pisarzu.

- Robię dziś koło północy grilla w ogrodzie, tylko dla ludzi sukcesu – rzekł mi na odchodnym – Zajrzyj z flaszką. Najlepiej 0,7.

Obiecałem, że się pojawię, lecz obaj wiedzieliśmy, że i zaproszenie, i jego przyjęcie, są gestami bez znaczenia. Często mówimy o czymś, że to gest bez znaczenia – pomyślałem złośliwie – lecz czym byłoby znaczenie bez gestu? Idąc zatłoczoną Floriańską, zacząłem zwracać uwagę na innych ludzi i swoją od nich odmienność. Byłem byle jak ubrany, śmierdziałem piwskiem, z gęby patrzyło mi krzywo, a mijałem roześmianych, estetycznych, najwyraźniej szczęśliwych ludzi. Była ich prawdziwa masa. Sunęli ku Mariackiemu i Bramie Floriańskiej, jak rzeka. Czasem na powierzchni tej rzeki pojawiały się śmieci -  ja, jakiś żebrak, żul zbierający na mózgotrzepa czy wariat. Kraków lubił czubów, jak chyba żadne miasto w Polsce i trzeba przyznać, miało to swój urok. Z baru mlecznego Dworzanin wyskoczył prosto na mnie obdarty gość z obłędem w oczach. Stanął na środku deptaka i wrzasnął:

- Plecami do Boga, a potem trwoga!!! I wszystko na nic, balon wiary pssss….!!!!

Patrzyłem jak urzeczony, kiedy dziwnym krokiem, kiwając głową na boki, ruszył w kierunku Rynku. Za chwilę młodziutki żulik o gębie będącej certyfikatem rychłego oglądania świata w kratkę, zastąpił mi z wahaniem drogę.

- Panie prezesie, 50 groszy, na piwko…

- Czy ja wyglądam na prezesa? – skrzywiłem się, dając mu złotówkę.

- Nie dziś, to jutro – zauważył rezolutnie.

- No to nawzajem, prezesie…

Wszedłem na Rynek, pełen gołębi i ludzi. Inwazja czubów rozciągnęła się na postaci przebrane za Białą Damę i Śmierć, które wyczyniały dziwaczne rzeczy za moniaka ciśniętego do puszki, starego kozaka śpiewającego dumki przy akompaniamencie staroświeckiej liry, małolatów odstawiających akrobatyczne tańce pod „Adasiem” i… ziutka, który wyszedł mi naprzeciw.

- Wybacz, stary – pokazałem mu pusty jak bęben portfel.

- No co ty? Fajkę chciałem – obruszył się

Poczęstowałem go Sobieskim i wszedłem między kwiaciarki. Najbardziej lubiłem na Rynku gościa, który popołudniami i wieczorem grał na trąbce suity Albionioniego, lecz tego dnia go nie było. Mijając płytę z napisem Hołd Pruski 1525, zastanowiłem się jak mógłbym wyglądać w 500-lecie tego wydarzenia, w 2025 roku, lecz szybko stwierdziłem, że tacy jak ja tyle nie żyją.

Zupełnie nie wiedziałem dokąd iść. Najbardziej pasowałaby mi podróż sentymentalna szlakiem naszych pijackich balang z czasów studiów. Zdało mi się nagle, że był to najlepszy czas mojego życia – tak mało odpowiedzialny, obfity w wydarzenia, twórczy. Niczym jakieś zombie dotarłem pod Wawel i przycupnąłem w jednej z knajpek na Krakowskiej. Sącząc w miarę świeżego Żywca, przypomniałem sobie opowiadanie jakiegoś debiutanta. Opisywał w nim jeden, długi dzień życia człowieka, który obudził się rano i znalazł trupa w sąsiednim pokoju. Nie wiadomo kto, dlaczego i po co. Wiadomo tyle, że bohater idzie w miasto i krąży do samej nocy, odwiedzając miejsca szczególne i ważnych dla siebie ludzi. Łazi i łazi bez celu, a na koniec siada na ławce naprzeciw swojego domu. I nie wiadomo, co dalej. Czułem się tak samo. Już nie pytałem dokąd zmierzam, bo nigdzie nie chciałem dotrzeć. Siedziałem i piłem kolejne browce, aż przestałem myśleć o czymkolwiek.

Podszedłem chwiejnym rokiem do kelnerki

- Znamy 4 strony świata, a miłość przychodzi z 5. Śmierć też. Kłaniam się.

Wyraźnie odetchnęła z ulgą, że nie musi się ze mną wykłócać o nalanie lub nie nalanie następnego piwa. Tego u handlowców i pracowników knajp nie lubiłem najbardziej. Najpierw włażą ci do tyłka, żebyś zostawił u nich kasę, a kiedy już się uchlejesz, wyrzucają cię jak psa na chodnik.

Na przystanku zaczepiłem starszego pana o wyjątkowo zaciętym wyrazie gęby.

- Panie, powiedz pan, czy fakt, że gówno nazwiemy kupą, sprawi, że przestanie być gównem?

- Idźże, ty…

Zbliżając się do mostu Piłsudskiego, pomyślałem, że nie mam nawet do kogo wysłać pożegnalnego smsa. Chciałem w nim napisać: dziś osierocę swoje marzenia. Kochałem tylko mamę, a ona nie posiadała komórki. Przypomniałem sobie wiersz dalekiego znajomego pt. „SMS do Pana Boga”. Gdyby tak Bóg miał swój serwer na wiadomości tekstowe i maile, pewnie nie dałby rady nadążyć z odpowiedziami.

Jak przed laty, tylko sam i w biały dzień wspiąłem się na szczyt mostu. Klapnąłem na krawędzi i machając nogami, spojrzałem z góry na ukochane miasto. Na istny cyrk, panujący na dole, zwróciłem uwagę dopiero po jakimś czasie. Auta trąbiły, ludzie coś do mnie krzyczeli, machali rękami. Nie wiedzieć dlaczego, widziałem to wszystko w konwencji filmu animowanego. Śmieszne postaci, śmieszne samochody, śmieszne problemy. Z dala nadleciał sygnał syreny. Jakieś pojazdy wdarły się na most i zatamowały ruch. Pomachałem ludziom na dole zewnętrzną częścią dłoni, jakbym był królową Anglii, potem uniosłem ręce, jak Rocky Balboa i wrzasnąłem:

- I’m the King of The World!!!

Film animowany mi się skończył i wyobraziłem sobie fabularny odjazd kamery umieszczonej w helikopterze ponad mostem. Robiłem się coraz mniejszy, a panorama miasta ponad mostem coraz większa. Ależ było pięknie!

Stanąłem na nogi, żeby nie przegapić najlepszego momentu na skok i zrobiłem krok w przepaść. Nie spadłem jednak, za to tuż obok mnie, w powietrzu zawisła postać Marty. Uśmiechała się smutno, jak gdyby czegoś żałowała.

- Oblałeś – powiedziała łagodnym głosem – Jak ty wyglądasz?

- Oj, Martusia – pierwszy raz zwróciłem się do niej tak czule – To proces spalania chemicznego. Co oblałem?

- Ważny egzamin.

- Aha…

To było nieważne. Najważniejsze, że mogłem na nią patrzeć. Ola już mi nie była potrzebna. Teraz wzdychałem za Martą.

- Chodź – wyciągnęła do mnie rękę, a ja chwyciłem się jej kurczowo.

I nagle znaleźliśmy się pod „Trzy Osiem”. Leżałem na bruku, a ona kucała obok mnie. Z wielkiej dziury w moim brzuchu buchała krew. Zawsze byłem zdania, że krew się we mnie burzy, tętni i świruje – teraz widziałem to na własne oczy. Byłem totalnie nawalony, ale w jakiś dziwny sposób w pełni świadomy swojej obecności na moście Piłsudskiego.

- Jak to? – zapytałem

- Wybrałeś nieistnienie – Marta pogłaskała mnie po tłustych włosach.

- Mogę zapalić?

Wetknęła mi papierosa do ust i przypaliła. Zaciągnąłem się na tyle mocno, na ile pozwalał mi stan organizmu. Kształty rozmywały się, drzewa już nie były strzeliste, a ulica nieskończona.

- Po co masz żyć, skoro nie potrafiłbyś tego uszanować? – rzekła Marta.

- Fakt…

This entry was posted in Bez kategorii, Powieści. Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>