WYSPA OBIECANA

WYSPA OBIECANA
- nowa powieść Jacka Ozaista

dziennik pierwszych lat pobytu na emigracji w Londynie… kronika faktów i fikcji…

wyspa-okladka_ok_www    Wyspa dostępna

Wyspa dostępna

(fragment rozdziału XIX)

 Magia centrum Londynu zawsze wciąga. Niby jedziesz tylko na premierę polskiego filmu do kina Haymarket, ale zawsze potem jest jakieś after party w ambasadzie czy w pubie za rogiem. Stoisz czy siedzisz, znasz tych ludzi albo nie, przekrzykujecie tłum, a londyńskie niebo życzliwie przysłuchuje się tym gorączkowym dyskusjom. Jest pięknie. Czarująco. Szybko można zapomnieć, że polscy filmowcy przywieźli do stolicy Anglii kolejny komercyjny gniot, który nie wytrzyma dwóch tygodni w tutejszych kinach. Ani się obejrzysz, jak mija północ i zwiewa ci ostatnie metro. Zostaje taksówka za pięćdziesiąt funtów albo nocny autobus.

Wsiadam do N7. Obojętny kierowca nawet na mnie nie patrzy. Bylebym tylko kliknął „ojsterką” w czytnik i mogę przestać istnieć. Na górnym pokładzie puszka po piwie przetacza się od ściany do ściany, hałasując niemiłosiernie. W powietrzu mieszają się zapachy potu, przetrawionego alkoholu i zleżałych frytek, które porozrzucał pod nogami jeden z londyńskich obgryzaczy kości.

Żaden z pasażerów raczej nie urodził się w Anglii. Na samym przodzie siedzi podstarzały Polak w pstrokatym ubraniu sprzątacza i absurdalnie niedopasowanym sombrerro na głowie. Mamrocze pod wąsem soczyste przekleństwa pod adresem jakiejś kobiety, która pewnie uciekła, kiedy tylko poznała jego zwyczaje. Żal słuchać. Inni nie musza, bo nie rozumieją. Zakładam na uszy słuchawki i włączam Youtube w moim telefonie.

Dalej siedzi Jamajczyk w kolorowym czepku, kiwając nieprzotomnie głową. Zapewne wypalił jointa i teraz słyszy już tylko kołyszące reggae. Dwóch starych Chińczyków zwiesza zmęczone głowy w błogostanie drzemki. Domyślam się, że skończyli morderczą dniówkę w jednym z barów typu „jedz ile chcesz”. Nazajutrz wrócą tam znowu, by w oparach oleju sezamowego mieszać smaki i kolory w wielkich, obrośniętych zapieczonym tłuszczem wokach. Murzyn w ciemnym garniturze i białych butach sportowych tłumaczy coś gardłowym głosem komuś w Monrowii albo Konakry. Mówi tak głośno, że przesiadam się na koniec autobusu. Przed sobą mam już tylko blondwłosego Litwina w czarnym dresie. Nie wiem dlaczego, ale wszyscy emigranci z tego kraju ubierają się w stylu na faszyzującą bojówkę. Wyglądają niczym umundurowana armia.

Jedziemy przez rozświetlony promieniście Londyn. Autobus mknie przez noc, nigdzie się nie zatrzymując. Kolejne przystanki zioną pustką. Cały czas mamy zielone światło. Bardziej przypomina to jazdę autostradą, niż ulicami ekstremalnie za dnia zatłoczonej metropolii. Wszyscy jesteśmy zdziwieni, kiedy N7 zatrzymuje się przy Kensington. Po chwili na górnym pokładzie pojawia się zakapturzona postać z torbą z Mc Donaldsa w dłoni. To stary numer londyńskich pijaczków. Skoro nie wolno pić w miejscach publicznych, trzeba sobie jakoś radzić. Ukryta w torbie po hamburgerach puszka z piwem albo flaszka wódki nikogo w oczy nie razi.

Koleś siada między mną a Litwinem i zrzuca kaptur, odkrywając łysą niemal głowę. Zabawne. Kiedy byłem młody, im kto miał więcej włosów, tym było lepiej. Sam nosiłem pukle sięgające do połowy pleców. Teraz więcej widuje się ogolonych głów. Jesienią i zimą musi to być straszne.

- Mama? – odzywa się łysy zachrypniętym od palenia papierosów głosem. – No, cześć! Wiem, że późno, ale ty i tak nie śpisz. Co tam oglądasz? „Ojca Mateusza”! Hehe. Dzwonię, bo konkurs wygrałem. No, konkurs! W Polsce też są takie. Na dyrektora na przykład. Nie, ja na pracownika restauracji. Pokonałem z dziesięciu gości ze Sri Lanki, Kenii i Portugalii. Etapami nas eliminowali, jak w Master Chefie. Zostałem debeściakiem w zmywaniu i obieraniu warzyw na czas. Cienko mi poszło filetowanie ryb i wyrabianie ciasta. Szalę zwycięstwa przechylił urok osobisty. Widzisz, twój synek potrafi. Mam robotę na stałe. Na razie zmywak, ale będą awanse. U nas to mnie nawet do łopaty nie chcieli, a tu proszę! Poślę ci trochę kaski w przyszłym tygodniu. Co u was? Nic? To dobrze. Kończę. Co? Nie przeziębiam się. Pa…

 

This entry was posted in Powieści. Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>