Dwadzieścia minut z Agnieszką Holland

Gdy przyszła wiadomość, że znów jest nominacja do Oscara, co pani poczuła?

– No, ulgę, bo się bałam, że jej nie będzie. Poprzednim razem nie stał za mną cały naród, a tu nagle Bóg mi powierzył honor Polaków, tak więc była dużo większa presja.

holland

 A wtedy, ostatnim razem?

– Przy Europa, Europa wszystko było dużo bardziej skomplikowane. Film miał dość bogate życie w Stanach. Miał już na koncie, między innymi, Golden Globe czy nagrody stowarzyszeń krytyki amerykańskiej, więc było jasne, że wśród filmów tamtego roku jest takim, powiedzmy, 95-procentowym faworytem. Lecz Niemcy nie zgłosili go, a tylko oni mogli to zrobić. W związku z tym nie mógł być nominowany w kategorii filmów obcojęzycznych. Szef niemieckiej komisji oscarowej pozwolił sobie nawet na jakąś obrzydliwą wypowiedź w stylu: Ta polska Żydówka, nie będzie nam tu…, co wywołało oczywiście spory skandal, a zarazem dało dystrybutorom okazję do zrobienia szumu wokół tego filmu. Zrobili szum, i to jaki! Film dostał nominację za scenariusz, co się rzadko zdarza przy produkcjach obcojęzycznych. A sama nominacja? No, wiedziałam, że nie wygram.

 Minęło 45 lat od filmu Andrzeja Wajdy. Znów jesteśmy w kanałach. Jak pani myśli, uda się jeszcze raz zachwycić, poruszyć, zszokować świat?

– Dziś jest inny klimat, niż w tamtym czasie. Wtedy było dużo łatwej. Świat wyczekiwał na takie filmy. Dziś trzeba dużo szczęścia, by w ogóle zaistnieć w dystrybucji. Ale myślę, że mój film zaistnieje i dotrze do wielu ludzi. Już kupiło go kilkanaście krajów. W kolejce czekają następne.

 Nie chciała pani już wracać do tematu Holocaustu, a jednak…

– Jakoś zaczęło to za mną chodzić. Scenarzysta posyłał mi kolejne wersje, zaczęłam o tym myśleć coraz bardziej obsesyjnie, aż w końcu zdecydowałam, że muszę to zrobić. Ale był jeden problem. Nie wyobrażałam sobie tego filmu w języku angielskim. Moim warunkiem było, by zrealizować film w językach oryginalnie używanych przez bohaterów tej opowieści.

 Marek Edelman podobno nalegał, by zrobić film o takiej tematyce, bo sam coś takiego przeżył w bunkrze warszawskiego getta.

– Chciał, by pokazać, że tam działo się normalne życie, że ludzie byli namiętni, spółkowali ze sobą, że była obsesja kochania. O tym wszystkim napisał książkę I była miłość w getcie. Opowiadał mi zresztą, że nigdy potem ani przedtem nie miał tylu pań, co właśnie za czasów getta. Taki paradoks, miał najbujniejsze życie erotycznie właśnie wtedy, gdy śmierć szalała wokoło.

 Która książka miała na panią większy wpływ, Dziewczynka w zielonym sweterku czy W kanałach Lwowa?

– Dziewczynkę przeczytałam dopiero po skończeniu zdjęć. Wcześniej nie wiedziałam o jej istnieniu. Na szczęście scenariusz zawierał to, co w obu książkach można uznać za najważniejsze. Posiłkowałam się innymi materiałami historycznymi ze Lwowa oraz tak zwaną wyobraźnią empatyczną. We wspomnieniach Krystyny Chigier znalazłam kilka spraw znakomicie uzupełniających zawartą w filmie historię, ale było już za późno.

 Zielony sweterek Krysi Chigier znajduje się w Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie. Czy coś pozostało po Leopoldzie Sosze?

– Sweterek widziałam ostatnio, gdy byłam z filmem w Waszyngtonie. Niestety, po bohaterze mojego filmu pozostało głównie to, co napisali o nim inni. Syn Haliny Wind, jednej z uratowanych przez Sochę, otrzymał nawet nagrodę Pulitzera. No i jest grób Sochy w Gliwicach. Nie udało nam się znaleźć jego córki ani żony. Udało się za to dotrzeć do wnuków z kolejnego małżeństwa, bo jego żona ponownie wyszła za mąż. Ale najważniejsze, co zostało po nim, to tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

 Jest w filmie scena kąpieli, podczas której żona tłumaczy Sosze, że Chrystus i Matka Boska byli Żydami. Prości ludzie naprawdę mało wtedy wiedzieli o Żydach…

– Jako dziecko miałam nianię, kobietę bardzo, że tak powiem, ekumeniczną. I to ona powiedziała mi kiedyś w wielkiej tajemnicy, że Chrystus był Żydem. Biegała do kościoła co tydzień w niedzielę, a polska teologia katolicka była w tej sprawie bardzo dyskretna. Wiedza prostych ludzi nie sięgała daleko.

 W tych kanałach funkcjonuje prawdziwa wieża Babel. Jak ci ludzie byli w stanie się porozumieć?

– Założyliśmy, że względnie się rozumieli. Polacy i Niemcy mieli największą barierę językową. Reszta dogadywała się jakoś. Jydisz i niemiecki mają sporo wspólnego. Z kolei Polacy i Ukraińcy rozumieli się doskonale, co pokazaliśmy w wielu scenach z udziałem Sochy i Bortnika. Wielu Żydów z dobrych domów studiowało czy to w Polsce, czy w Niemczech lub Austrii, mówili płynnie po polsku czy niemiecku. Biedni raczej posługiwali się jydisz. Ciekawa rzecz, Włosi czy Hiszpanie dubbingują wszystkie filmy wchodzące na ich ekrany. To dopiero będzie językowy chaos!

 Była pani z filmem W ciemności w wielu krajach. Jak był odbierany?

– Rzeczywiście, był pokazywany w Szwecji, Hiszpanii, Kanadzie, USA. Wszędzie na tak zwanych Q&A widzowie reagowali bardzo emocjonalnie. Dostał już kilka nagród na festiwalach, może nie najważniejszych, ale też nie byle jakich. Dostał nagrody publiczności, co było dla mnie wielkim zaskoczeniem, no bo zwykle nagrodę publiczności otrzymują filmy lżejsze. I nagle ludziom szalenie się podoba wchodzenie do kanału. I to przez dwie i pół godziny! Także w Polsce świetnie to zafunkcjonowało, co jest naszą największą radością. Nie spodziewałam się, że Polacy odbiorą tak głęboko ten film i że będzie on grany w multipleksach na równi z kasowymi przebojami. Mieliśmy lepsze wyniki niż najnowszy Sherlock Holmes czy ten… Kot w butach (śmiech).

 A jak Amerykanie? Nie obawia się pani, że film będzie dla nich za trudny, zbyt ciężki?

– W Ameryce będą to raczej pokazy w kinach studyjnych. Na multipleksy nie ma co liczyć. Wracając jeszcze do Polski. Ktoś opowiedział mi, jak to widzowie wychodzili z seansu z całymi kubkami popcornu, bo nie byli w stanie chrupać. Taki trochę surrealizm. Ten obraz najbardziej mi się podoba. Ludzie siedzą i nie są w stanie sięgnąć do tego kubka z popcornem.

Posted in Filmowo | Leave a comment

Karaiby

Środek Morza Karaibskiego. Przez cały dzień nie widać żadnego lądu ani nawet obiektu na morzu czy niebie. Nic, tylko bezkresna przestrzeń pełna białych grzyw fal sunących po szafirowej tafli wody.

karaiby

Na górnym pokładzie zamiast piratów, angielscy emeryci, a zamiast łotrowskich przyśpiewek, łagodne rytmy calipso. Wiatr bezlitośnie burzy wypielęgnowane fryzury angielskich dam i figlarnie porywa ręczniki, koszulki, buty. Jest gwałtowny, ale bardzo ciepły. Dzięki niemu w ogóle nie czuć czającego się w górze słońca. Dopiero wieczorem ludzie nie poznają w lustrze samych siebie.

Atrakcją dnia jest deszcz znikąd. Najpierw pojawia się w oddali ciemna chmara kropel, a potem na pokładzie powstaje panika, jak gdyby wybuchł pożar. Zimne igiełki spadają na rozgrzane ciała, wzbudzając śmiech i okrzyki zdumienia. Najśmieszniejsze jest jednak to, że nad nami nie ma żadnej chmury.

Grenada

Po trwającym półtorej doby rejsie zawijamy w końcu do najdalej wysuniętej wyspy archipelagu Małych Antyli – Grenady. Dalej już tylko Ocean Atlantycki. Port St. George wita nas tęczą i ginącymi w chmurach wierzchołkami gór. Trafiamy pod opiekę wujka Morga, sędziwego Kreola, którego wszyscy tu znają i pozdrawiają. Anglicy udają, że nie dosłyszeli, jak się przedstawiał. – Kapitan Morgan? – Nie. Wujek Morg. Nie jesteśmy na wyspie rumu, tylko kakao i cynamonu. Stwierdza jeszcze, że jest najstarszym przewodnikiem po Grenadzie i pokaże nam kilka miejscowych atrakcji. Wyjeżdżamy z kolorowego portu i już po paru minutach krajobraz zmienia się diametralnie. Wysłużony japoński busik z trudem wspina się po bardzo stromej i wąskiej drodze, którą z miejsca pokochałby każdy amator rajdów ekstremalnych. Wkrótce już sami nie wiemy, czy liczyć dziury, czy zniszczone, porzucone przez lokatorów domy. To skutek huraganów, które co jakiś czas przewalają się, dewastując wyspę. Oraz biedy. Grenadyny składają się bowiem z 30 wysepek i atoli, spośród których jedne są bezludne, inne biedne, nie mające wielu atrakcji dla turystów, a jeszcze inne to luksusowe kurorty dla bogaczy. Ten niewielki archipelag pokochali ludzie ceniący spokój, ciszę i brak komercyjnej turystyki. Podobno każdy może znaleźć tu sobie spokojną zatoczkę, małą, prywatną plażę czy leżący na odludziu akwen do nurkowania. Droga robi się coraz bardziej dziurawa i stroma, a domy coraz bardziej zniszczone. Wujek Morg używa klaksonu za każdym razem, gdy jęczący busik musi wspiąć się na wzgórze zakończone ostrym zakrętem. Mijanie się na drogach Grenady to nie lada sztuka. Ze zgrozą patrzę na podmyte przez ulewne deszcze pobocza, ciągnące za sobą wielkie kawały asfaltu w kierunku ziejącej w dole przepaści. Zajeżdżamy przed sklepik z pamiątkami oraz przyprawami. Z daleka pachnie cynamonem, którego laski porozkładano gdzie tylko się da. Zapach odurza i budzi miłe wspomnienia. Wcale nie słucham wujka Morga. Jestem w ogródku mojej babci i popijam kompot w gruszek z cynamonem. Jedziemy dalej w góry. Już nie ma domów ani innych samochodów, tylko czysta natura. Po drodze wodospad, z którego można skoczyć wprost do mineralnej wody, niewielki park narodowy i porośnięte szuwarami jezioro powstałe na kraterze wulkanu. Wszystko to jednak jest maleńkie i niezbyt różni się od znanych w Europie podobnych miejsc. Zupełnie inne wrażenie robi las tropikalny pełen niezwykłych drzew i krzewów. Zachwyca nas wzgórze porośnięte bambusami, z których wyrabia się tu meble oraz drzewa ociężałe od melonów i papai. Królują jednak wszechobecne kakaowce. Wujek Morg odwozi nas do St. George. Po drodze odwiedzamy stary angielski fort, symbol trudnej historii Wysp Karaibskich, które od czasu odkrycia ich przez okręty Kolumba były obiektem ciągłych walk i targów. O Grenadę walczyli Anglicy i Francuzi.. Kto wygrał? Ruch jest lewostronny, a na banknotach dolarów wschodniokaraibskich widnieje królowa Elżbieta, tylko dużo młodsza i bardziej pogodna, niż na funtach brytyjskich. Wieczorem kapitan promu informuje pasażerów, że nocą miniemy St. Lucię, Martynikę i kilka pomniejszych wysepek. Po raz pierwszy odczuwam żal, że ich nie odwiedzę, bo jest ich za dużo.

Dominica

O poranku wyspa wygląda dumnie i groźnie, jak gdyby drzemiące głęboko pod dnem oceanu żywioły już miliony lat temu postanowiły uczynić ją wyspą chmurną i dziką. Znów wyruszamy japońskim busikiem, tym razem klimatyzowanym, na spotkanie z nową przygodą. Sporych rozmiarów przewodniczka zajmuje miejsce tuż obok mnie i zaczyna opowiadać o Dominice. Historia polityczna niektórych wysp sięga zaledwie kilku dziesięcioleci, tu decydujący ton nadaje natura w swym niezachwianym i trwałym pięknie, sięgającym wielu tysiącleci, zanim powstały perły kultury europejskiej. Nie tworzył tego człowiek, tylko niczym nie skrępowany wulkaniczny żywioł. Przewodniczka opowiada o szkolnictwie, gospodarce i młodziutkiej historii politycznej Dominiki, ale ja mam większe zmartwienia. Drogi tu są węższe niż na Grenadzie, a pobocza tak podmyte przez ulewne deszcze, że wprost z auta można spojrzeć w dół żarłocznej przepaści. Jedynie żółta taśma ostrzegawcza i kilkanaście centymetrów błota dzieli nas od gwałtownej śmierci. Busik rzęzi i sapie. Takiej stromizny nie widziałem pod żadną z polskich gór. Po żadnej nie wjeżdżałem pod takim kątem, że odchylało mnie w tył… Bardziej przypomina to start rakiety… I co? Jeszcze zakręt?! Boże, musimy się minąć z innym pojazdem! Busik na pierwszym biegu wtacza się na górę. Kierowca ma nawet czas i na tyle mocne nerwy, że pozdrawia klaksonem mijanego kolegę. Uff, teraz trochę w dół… Przewodniczka nuci monotonnym głosem: – Jeśli ktoś nauczy się jeździć na Dominice, poradzi sobie wszędzie. Po kilkunastu minutach ostrej jazdy bez pobocza, dojeżdżamy do lokalnego spa w górach. Dwa maleńkie baseniki z wodą, której kolor sugeruje dużą ilość siarczanów otaczają wyjątkowej urody drzewa i krzewy. Nie znamy ich nazw, ale sycą oczy fantazyjnymi kształtami i gamą żywych barw. Gdy wracamy, przewodniczka pokazuje w dole piękne osiedle miejscowych bogaczy, które ostro kontrastuje z rozlokowanymi po obu stronach drogi lichymi budynkami. Tu, tak jak na Grenadzie, króluje tymczasowość. No bo po co budować pałac, skoro huragan może zmieść go w ułamku sekundy? Obite drewnem albo blachą rudery straszą przez całą drogę do portu. Dopiero tam widać zręby cywilizacji, choć miasto wygląda dobrze i schludnie tylko z promu. Wystarczy wejść w dowolną uliczkę, by trafić na obraz zwyczajnej Dominiki. Biednej, ale dumnej. Maleńkie sklepiki i bary, miniaturowe domki, wąskie uliczki pełne solidnych rynsztoków odprowadzających wodę podczas ulewnych deszczów – to wszystko upchnięte jest na niewielkiej przestrzeni między górami a morzem. I tylko auta wyglądają na nowoczesne. Same „japończyki” – toyoty, hondy, mitsubishi… Lokalni Kreole prowadzą je z niesamowitą dumą, tak jakby jedynie to stanowiło coś trwałego w ich trudnym, wyspiarskim życiu. Malowniczy port Roseau powoli oddala się. Wracamy na morze. Dopiero teraz docierają do mnie słowa przewodniczki, że to wyspa czarnych plaż, pełnych wulkanicznego pyłu, urokliwych zatoczek i deszczowych gór. I że mają tu 365 rzek i rzeczek, po jednej na każdy dzień roku. Piorą w nich i czerpią z nich wodę do produkcji ponczów i soków owocowych. A lokalnym przysmakiem jest iguana, która podobno smakuje jak kurczak… Nocą mamy minąć Gwadelupę i Montserrat, zniszczony w 1995 roku wybuchem wulkanu. Opuściło go 2/3 populacji, a zniszczona przez lawę stolica-port zionie pustką do dziś. Antigua To już inny świat, choć wciąż pozostajemy w obszarze Wschodnich Karaibów. Piękny, stary port wita nas zadbanymi budynkami knajpek, biur podróży i sklepów z pamiątkami. Żywioły wulkaniczne były dla tej wyspy dużo bardziej łaskawe Góry nie są już takie wysokie i strome, a niewielkie wzniesienia przecinają rozłożyste doliny. Drogi dużo szersze i pozbawione dziur. Antigua to królowa plaż. Hasło reklamowe mówi, że jest ich… 365. My odwiedzamy zaledwie kilka. Nie różnią się od innych plaż w kurortach tego świata, lecz piasek pełen jest drobin muszli morskich, które za nic nie chcą odczepić się od skóry. Wyglądamy niczym początkujący malarze, którym kropelki białej farby oprószyły twarze.
Wszędzie palmy, bungalowy dla bogaczy, plażowe bary i wodne atrakcje. Zwracam uwagę bardziej na wyplataczy kapeluszy z liści palmowych i sprzedawcę kokosów, czymś odurzonego, śpiewającego reggae w trakcie prowadzenia taczki z owocami. Gdy już upoluje klienta, przestaje śpiewać i wbija maczetę w kokos odłupując kawałek, by podać napój wprost z łupiny.

Po południu spacerujemy po St. John’s. Smętnymi uliczkami docieramy do górującej nad portem katedry. Na okalającym ją cmentarzu siedzą na starych nagrobkach lokalni mieszkańcy. Słuchają transmisji z meczu z podręcznego radia. Liga, zdaje się, brazylijska.
Wszystkie okna katedry, wyglądającej w środku jak prowincjonalny kościółek, są pootwierane. Nie ma ani jednego wiernego, ministranta, nikogo.

Za to widok na zatokę przepiękny. Woda w porcie jest seledynowa, dalej dominuje szafir. Słońce powoli zachodzi, a my cieszymy się chłodną bryzą, która powoli zastępuje tropikalny zaduch. Wracając, trafiamy do biedniejszej części miasta. Nie różni się wiele od tych, spotykanych na wcześniejszych wyspach. Wielkie wrażenie robi pub sklecony z płyt blaszanych i pokryty wiechą. Wygląda gorzej niż niejeden garaż w Europie. Domy też przypominają raczej cygańskie czy meksykańskie slumsy zbudowane z czego tylko się da. Tak jak na Grenadzie i Dominice daremnie szukamy bazaru z owocami. Pytani o niego ludzie, patrzą na nas dziwnie. Nie, nic takiego tutaj nie ma. Można znaleźć jedynie maleńkie straganiki przed domami, które oferują ziemniaki i banany.

W porcie zatrzymujemy się na chwilę w winiarni. Mamy nadzieję skosztować jakiegoś lokalnego przysmaku, ale w ofercie są tylko wina z RPA.

- Nie ma lokalnych? – pytam.

- Może pan zakupić lokalny rum w sklepie wolnocłowym – pada odpowiedź.

Przed wejściem na prom, jak co dzień, dezynfekujemy dłonie. Wirus żołądkowy zepsuł już wakacje tysiącom turystów. Mamy zalecenie, by niczego nie jeść na lądzie. Z tym akurat nie ma problemu. Cztery restauracje na pokładzie dbają o to, byśmy nigdy nie byli głodni.

St. Marteen albo St. Martin

Już sama nazwa sugeruje trudną historię tej wyspy. Podzielili ją między siebie Holendrzy i Francuzi. Walutą jest euro. Przystań w Philipsburgu jest w stanie pomieścić kilkanaście promów. Idąc między nimi, człowiek czuje się, jakby szedł alejką po osiedlu wieżowców. Taksówki wodne wożą ludzi do miasta, gdzie czekają na nich tłumy sprzedawców wszystkiego oraz lokalnych przewodników i taksówkarzy. Królują oczywiście „japończyki”. Nie wytrzymuję i pytam jednego z kierowców, dlaczego na Karaibach jeździ się głównie autami z Japonii. Długo myśli, zaskoczony moim pytaniem. Dla niego to element codzienności.

- Lokalny salon ściągnie ci co tylko zechcesz. Ale nie wiem, czemu wszyscy chcą japońskie – mówi w końcu. – Chyba są tańsze, bardziej trwałe i ekonomiczne.

Ruch na St. Marteen jest prawostronny, jak na Dominikanie, a odwrotnie niż na Grenadzie, Dominice i Antidze, gdzie wpływ Anglików odcisnął swoje niezatarte piętno.

Nie jedziemy nigdzie. Cały dzień spędzamy wędrując wąskimi uliczkami, z urokliwymi sklepikami i knajpkami. Nie wiedzieć czemu, dominują sklepy z diamentami, brylantami i zegarkami. Co rusz wielki, klimatyzowany salon z biżuterią. Oprócz tego sklepy ze sztuką afrykańską lub alkoholami. Natrafiamy też na niewielką uliczkę handlową pełną straganów z pamiątkami i wytworami lokalnych rękodzielników. Najdłuższa kolejka stoi jednak do budki z napojami z owoców guavaberry. Można napić się soku, rumowego ponczu albo zjeść lody. Stawiamy na poncz i już po chwili kręci nam się w głowie, gdy siedzimy na ławeczce pośród tłumów turystów z najróżniejszych części świata.

St. Marteen to pięknie odrestaurowane miasto portowe. Wzdłuż plaży, która co chwilę wyłania się z pomiędzy kolorowych budynków, ciągnie się niezliczona ilość restauracji i kawiarni, oferujących łóżko do opalania, parasol i plażowego kelnera, gotowego przynieść nad sam brzeg morza co tylko dusza zapragnie. Nieopodal rozciąga się wielka laguna – atrakcja dla amatorów podziwiania świata pod powierzchnią morza. Kawałek dalej jest lotnisko, znane z filmików na Youtube. Samoloty lądują tam tuż nad plażą, bo pas startowy zaczyna się tuż za płotem. Niejeden pilot ląduje kilkanaście metrów nad głowami plażowiczów.

Wyspy Dziewicze


Nocą kierujemy się na zachód. Wyspy Dziewicze podzieliły między siebie Wielka Brytania i Dania. Swój drobny udział miała również Szwecja. Podobnie jak Alaskę od Rosji, część tych wysp odkupiły od Danii Stany Zjednoczone. Myślę o USA trochę cieplej. Zamiast najeżdżać, zdobywać i grabić, sięgnęły do kiesy, by posiąść coś bez przemocy.

Road Town, jak sama nazwa wskazuje, to miasto-droga rozciągnięte wzdłuż potężnych gór. Większość domów powstała na wzgórzach, zaś niektóre osiedla wżarły się w żleby, parowy i dolinki do tego stopnia, że z morza wyglądają jakby domy powstały jeden na drugim.

Tortola, choć brzmi z hiszpańska, należy do Brytyjskich Wysp Dziewiczych. Dominują tu mariny pełne łodzi i jachtów, których maszty widać zanim zawinie się do Road Town. Nie zostajemy tu na długo. Wsiadamy na motorówkę i tniemy morze pomiędzy wyspami, których liczba przerasta moje zdolności arytmetyczne. Niektóre są jedynie maleńkimi, niezamieszkałymi skrawkami lądu wystającymi z wszechobecnego morza, inne to ogromne wyspy, pełne zacumowanych jachtów.

Płyniemy na Virgin Gorda. Podobno, gdy ujrzał ją Kolumb, powiedział, że wygląda, jak gruba dziewica leżąca na plecach. Pierwsze, co mnie zdumiewa, to lewostronny ruch przy zachowaniu kierownicy po europejskiej stronie.

Wędrujemy pełną kaktusów sawanną, by dotrzeć do najbardziej niezwykłej plaży, jaką w swoim życiu widziałem. Pośrodku jest cudowny, żółty piasek, ale otaczają ją ogromne głazy, których nie przeniósłby tu Herkules nawet przez całe życie. Są trochę jak te w Górach Stołowych, lecz bardziej okrągłe niż płaskie. Wulkan pluł nimi, niczym podwórkowy chuligan śliną pod trzepakiem, tworząc magiczną układankę. Jedne wbiły się głęboko w dno morza, inne w piasek na plaży, reszta spoczęła na górze. Pomiędzy nimi wyrosły palmy i w ten sposób natura zafundowała amatorom pocztówek urokliwe arcydzieło.

Nocą płyniemy wzdłuż Puerto Rico. Łuna ponad wyspą opowiada nam historie o bezsenności w wielkim mieście. Brytyjscy dżentelmeni wystroili się na bal kapitański. Mają muchy, powpinali sobie wojenne ordery. Towarzyszące im damy tęsknie wspominają lata 60. My wolimy podziwiać z pokładu jasność nad Puerto Rico.

Dominikana

Znów La Romana na Dominikanie. Prosto z promu przesiadamy się na motorówkę i płyniemy na jedną z lokalnych plaż. Dominikana jest płaska i przyjazna. Od morza widać skaliste podłoże, które leży pod dżunglą pokrywającą tę wyspę. Nagle zatrzymujemy się na środku zatoki. Kapitan motorówki mówi, że właśnie minęliśmy kanał między Morzem Karaibskim a Oceanem Atlantyckim. Sugeruje, byśmy weszli do wody. Patrzymy na niego jak na wariata. Dno wprawdzie widać, ale czy to automatycznie oznacza zaproszenie, by wskoczyć? Pierwszy śmiałek zanurza się w wodzie. Sięga mu ledwie do pasa, a jesteśmy na środku akwenu!

Czas na rum

Kiedy już wszyscy są w wodzie, kapitan wyciąga dwulitrową butelkę, colę i plastikowe kubki. Pijemy i szukamy rozgwiazd. Raz po raz rozlega się krzyk radości i ktoś wyciąga z wody ogromną rybę w kształcie gwiazdy. Najczęściej mają kolor różowy lub czerwony, lecz trafiają się również osobniczki posrebrzane.

Mijamy zalane wodą krzewy i przybijamy do molo na plaży pełnej palm.
Hamaki i łóżka już czekają, bar i restauracja też. Ostatni dzień na osłodę. Homary, rum, słońce i morze.

Dominikana po raz trzeci. Raj dla nowobogackich Polaków. I nie tylko. Reklamy głoszą, że już od 3000 zł…

La Romana. Urocze miasteczko. Po trzech, czterech chłopaków mieści się na jednym motorze, ciężarówki bez plandek uginające się pod ciężarem kilkunastu robotników suną żółwim tempem w kierunku miejsca przeznaczenia. Latynoski styl. Wszyscy mówią po hiszpańsku. Walutą jest peso. Żal bierze, że zwiedzaliśmy głównie pozostałości po brytyjskiej ekspansji. Latynosi okazują więcej żywiołowości, radości życia i spontaniczności. Mieszkańcy Wschodnich Karaibów zdają się pamiętać czasy niewolnictwa i kolonializmu. Rzadko się uśmiechają, są zażywni i ociężali. Latynosi za to tryskają energią. Bawią się życiem.

Pas startowy wygląda jak oglądany w filmach prywatny pas narkotykowego kartelu, terminal zaś jest mniejszy niż ten w Krakowie. Za to można palić i pić do woli. Gęsty tłum sunie do odprawy: Gatwick, Manchester, Birmingham, Glasgow. Chmury wiszą nisko. Zapraszają w przestworza. Siedem i pół godziny później:

- W Londynie trzy stopnie. Będą państwo zaskoczeni, ale pada deszcz…

Posted in Reportaże | 1 Comment

KENIA

Po prawej stronie gęsty mrok, po lewej horyzont delikatnie połyskujący łuną wstającego nad Afryką słońca. Inni pasażerowie śpią. Mam wrażenie, że tylko ja obserwuję to niezwykłe zjawisko, lecąc samolotem pomiędzy nocą a dniem.

Kilkadziesiąt minut poźniej, tam gdzie był mrok, pojawia się potężna bryła liczącej 5985 metrów góry Kilimandżaro. Pamiętam ze zdjęć białą czapę i niezliczoną ilość wypełnionych śniegiem żlebów, tymczasem z samolotu widać tylko nieznaczne białe przebarwienia wiecznej zmarzliny. I wianuszek chmur grubo poniżej szczytu. Macham górze ręką. Moim celem nie jest mordercza wspinaczka, tylko rozkoszne leniuchowanie na wybrzeżu Mombasy.

Steward przynosi zwitek blankietów do wypełnienia – podanie o wizę, deklaracja celna, deklaracja, gdzie się zatrzymam i u kogo, a nawet deklaracja, którą będę potrzebował opuszczając gościnne wybrzeże Oceanu Indyjskiego. Patrzę na niego z konsternacją. – Welcome to Africa – mówi z żartobliwym współczuciem.

Mogłem wybrać plażę Nyali, Diani albo Bamburi, gdzie opala się, bawi i nurkuje większość turystów, ale los chciał, że trafiłem do rządowego resortu w Kikambala. Dzięki temu przez ponad godzinę mogłem się gapić przez szybę samochodu na podmiejskie slumsy Mombasy. Już podczas podchodzenia do lądowania widać było pagórki z przylepionymi prowizorycznymi chatami. Teraz mam ich na pęczki po obu stronach szosy. Są sklecone z czego tylko się da – drewna, blachy, kartonu, trzciny. Ich przygnębiający wygląd podkreślają stosy płonących śmieci i stadka straszliwie wychudzonych kóz.
Dla kontrastu za chwilę mijamy piękne, pełne pastelowych barw osiedle willowe, kilka nieźle wyglądających hoteli i fabrykę. Dopiero po jakimś czasie dociera do mnie, że strzegący ją mur uzbrojony jest w drut kolczasty pod napięciem!

Mombasa jest trochę nijaka. Stary port, niewielka arabska starówka, twierdza Fort Jesus, zbudowana przez Portugalczyków, rozpadające się zabytkowe fasady i mnóstwo nijakich, bezbarwnych budynków – to trochę za mało, by zachęcić ludzi do zwiedzania. Tym bardziej że w ostatnim czasie wzrosła liczba napadów rabunkowych. Symbolem Mombasy są skrzyżowane słoniowe kły przy Moi Avenue – głównej arterii prowadzącej do nowoczesnej części miasta. Obowiązuje ruch lewostronny – pozostałość po panowaniu Brytyjczyków, dla których Mombasa była stolicą kolonialnej Afryki Wschodniej. Wielkie, metalowe kły ustawiono zresztą specjalnie z okazji wizyty brytyjskiej królowej w 1952 roku – jedenaście lat przed uzyskaniem przez Kenię niepodległości.
Miasto leży na koralowej wyspie oblanej ze wszystkich stron wodami Oceanu Indyjskiego. W drodze z lotniska mija się jeden z największych portów handlowych w Afryce. Tutaj przybywają wielkie statki z towarami z całego świata, które potem ciężarówkami i koleją przewozi się w głąb kontynentu – do Ugandy, Sudanu, Etiopii, Ruandy, Burundi, Zambii…

Im dalej od centrum, tym więcej widać biedy. Prowizoryczne straganiki, zakładziki rzemieślnicze, wszechobecne kozy, które siedzą lub leżą wzdłuż drogi. I ludzie bez pracy, leżący wszędzie tam, gdzie jest odrobina cienia – pod drzewem, słupem, murem, wiatą… Kierowcy nie przestrzegają żadnych reguł. W akompaniamencie nieustannego trąbienia próbują wyminąć auto przed sobą lub chociaż zmusić je do szybszej jazdy. Nie mogę wyjść z podziwu, że co chwilę nie dochodzi do wypadku. Piesi niemal wchodzą pod koła, byle tylko przedostać się na drugą stronę drogi. Mijamy pełną luksusowych jachtów uroczą zatoczkę i miasto zostaje z tyłu.

Wjazdu do hotelu strzegą uzbrojeni strażnicy. Podczas lunchu zauważam wielu gości w garniturach. Zbyt wielu, jak na hotel przy plaży. Wieczorem z telewizji dowiaduję się, że w rządowym resorcie w Kikambala odbyła się konferencja największych firm ubezpieczeniowych kraju. Był podobno nawet kenijski minister.

Polowanie na słonia

Czwarta rano. Wreszcie jadę na tę romantyczną wyprawę, o której wszyscy tyle mówią i dzięki której Kenia stała się sławna na cały świat. Jadę na safari. Nie jest tanio, ale wiem dlaczego. Safari to intymna sprawa dla kilku osób. Nie jedzie się klimatyzowanym autokarem w czterdziestu, tylko małym busem z otwieranym dachem – w cztery, góra sześć osób.
Sympatyczny, szczerbaty Saleem okazuje się doskonałym kierowcą i partnerem na cały dzień. Słyszał o Lechu Wałęsie i Zbigniewie Bońku. Zna się na piłce. Kojarzy, że parę razy awansowaliśmy do ważnych rozgrywek, ale teraz wiedzie nam się fatalnie. Podobnie jak reprezentacji Kenii. Wie też, że wkrótce w Polsce spadnie śnieg i że zwykle o tej porze przyjeżdżało tu wielu Polaków. Ale parę lat temu. Teraz ich nie ma. – Kryzys – mówię. – Wolą Tunezję czy Egipt, bo taniej.

Mijamy maleńkie osady przy drodze, pełne prowizorycznych sklepików, kiosków, barów i pubów. W jednym z nich jest wciąż pełno ludzi. Tańczą, śmieją się, popijają drinki. Wtorek, wpół do piątej rano, a tu dyskoteka na całego. Saleem tłumaczy, że potem pół dnia prześpią i, kiedy upał zelżeje, wrócą do życia. Jesteśmy zgodni – tylko pozazdrościć!
Na słynnej szosie Mombasa-Nairobi są dwa wąskie pasy i dość szerokie pobocza. Jak się wkrótce okazuje, te pobocza to bardzo funkcjonalna rzecz. Raz po raz wielka ciężarówka wyprzedza ciąg innych wielkich ciężarówek i świeci nam „długimi” po oczach, byśmy gotowali się na śmierć lub ucieczkę w bok.

– Banditos – mruczy niespecjalnie tym przejęty Saleem. Dla niego to normalny kurs, my tymczasem zdążyliśmy pozielenieć ze strachu.

Zjeżdżamy ciężarówce z drogi i po chwili wracamy na swój pas. Wszyscy w tym busiku jesteśmy kierowcami, ale zgodnie stwierdzamy, że czegoś takiego w życiu nie widzieliśmy. Po jakimś czasie znów musimy uciekać na pobocze. I jeszcze raz. I jeszcze… Banditos przewożący towary między Nairobi a Mombasą dyktują warunki. Duzi mogą więcej.

kenia1

Krótki, obowiązkowy przystanek przy sklepiku z pamiątkami i wreszcie mijamy bramę parku Tsavo East. To najbardziej przyjazny niewprawionemu turyście park safari w Kenii. Oprócz majaczących w oddali niezbyt wysokich gór, nie ma tam nic tylko rozległa sawanna. Czerwoną jak na Marsie ziemię przetykają mniej lub bardziej wyschnięte akacje, fantazyjne kopce termitów i niewielkie pagórki.
Susza w tym rejonie Afryki trwa od jedenastu lat. Ten rok jest jednak wyjątkowo zły. Kraj wyprodukuje dużo mniej herbaty i kawy niż zazwyczaj, co odbije się na cenach tych towarów na rynkach światowych. Bardziej zielono jest tylko w miejscach, gdzie pracownicy Kenia Wild Life urządzili wodopoje dla zwierząt i miejsca noclegowe dla bardziej wymagających turystów, tzw. lodges.
Najwięcej trafia nam się gazel, antylop, guźców i strusi. Moi znajomi pstrykają niczym zawodowi „Japończycy”, nie chcąc uronić ani jednego ujęcia. Ja czekam na słonie, lwy, nosorożce, hipopotamy, czyli wszystko to, z czego słynie środkowa Afryka i… głos Krystyny Czubówny w niedzielnych filmach przyrodniczych. Pierwszy słoń, jakiego widzę, to leżący na poboczu martwy osobnik, z którego brzucha wypływa dziwne, czarne błoto. Saleem jest równie zdzwiony, jak my. Milczy, macha ręką, jak gdyby z urzędu odmawiał komentarza. Nie wie, co nam powiedzieć, bo przecież śmierć nie wybiera. Martwy słoń przypomina nam czasy, gdy kłusownicy bezwględnie tępili te piękne zwierzęta dla samych tylko kłów. To już się nie zdarza, ale biedne zwierzę leży obok drogi jak przewrócone drzewo.
Kawałek dalej przy sztucznym wodopoju napotykamy wreszcie rodzinę słoni, 2+2. „Maluchy” (pewnie po 100-200 kilo każde) chowają się między potężnymi rodzicami, wyciągając swoje niewielkie trąbki w kierunku basenu z wodą.

– Ciąża u słonia trwa do 20 miesięcy – oznajmia Saleem. – Maleństwa są bezcenne. W naszym parku śmiertelność spadła do minimum – dodaje, by uspokoić tych, którzy wciąż mają przed oczami martwe zwierzę przy drodze.

Wokół nas robi się zielono. Zaczynamy dostrzegać coraz to nowe gatunki zwierząt. Pawiany skulone na drzewach, żyrafy konsumujące śniadanie wprost z gałęzi, bawoły taplające się w błocie, lwicę pałaszującą za krzakiem świeżo upolowaną zdobycz, zebry przechodzące przez drogę. Całe stada słoni, lwów, guźców, zebr i gazel przemieszczają się w oddali, szydząc z naszych wariackich wygibasów, służących znalezieniu najlepszego ujęcia. Mijamy innych turystów, których podwożą porozumiewający się przez CB radio kierowcy. Przez chwilę czuję się jak uczestnik szkolnej wyprawy do ZOO.
Jemy szybki lunch w jednej z malowniczo położonych lodges i Saleem z udawanym smutkiem stwierdza, że czas wracać do Mombasy.

– A Kilimandżaro? Nosorożce? Hipopotamy? – pytam rozczarowany.

– To nie tutaj. Górę Ducha i Mount Kenia widać z parku Tsavo West. Tam też są zwierzęta, o które pytasz.

Na całe szczęście widziałem dumne Kilimandżaro z samolotu. Inaczej bym sobie nie darował, że byłem tak blisko i przegapiłem okazję.
W drodze powrotnej trafiamy na wylegujące się na słońcu lemury, strusie, myszołowy. Drapieżniki trudniej wypatrzyć, ale znów widzimy stadko lwów. Nagle przychodzi mi do głowy, że to przecież na terenie dzisiejszego parku Tsavo (liczy 21 tys. kilometrów kwadratowych!) grasowały lwy-ludojady, zwane Duch i Mrok, ze słynnego filmu z Michaelem Douglasem.
Taniec Masajów

NGOMONGO i RAFA KORALOWA

Siedem dni w Kenii to czas tak żałośnie krótki, że turysta zmuszony jest wybierać jedne atrakcje kosztem drugich, a często słyszany zwrot: „do zobaczenia za rok”, wcale nie musi być pustosłowiem. Siadamy nad przewodnikami i porzucamy nadzieję o ujrzeniu jeziora Wiktorii, Wielkiego Rowu, Parku Narodowego Mount Kenia i innych cudów natury, jak jezioro Nakuru pełne pląsających flamingów. Decydujemy się na wyprawę do wiosek Ngomongo, spacer po Mombasie oraz wyprawę na rafę koralową.
Ngomongo Villages to rodzaj skansenu, z tą różnicą, że tworzą go żywi ludzie i zwierzęta. Ta wielokrotnie nagradzana na świecie inicjatywa pokazuje jak niegdyś wyglądało życie plemion zamieszkujących te ziemie. Chodzimy więc od domostwa do domostwa, spotykając starą kobietę ucierającą ziarno, mężczyznę hodującego krokodyle, łucznika, myśliwego, szamana, wysokich i smukłych Masajów oraz ich dom zbudowany z krowiego łajna, a nawet rybaka znad jeziora Wiktoria, który twierdzi, że z jego plemienia pochodzi dziadek dzisiejszego prezydenta USA.

Całe wybrzeże Mombasy leży na rafie koralowej. Nie wiedziałem, co to znaczy, dopóki nie ujrzałem pierścienia fal otaczającego wybrzeże w odległości jakiegoś kilometra od lądu. 0

– Nie płyń tam – ostrzegali miejscowi rybacy, gdy wypożyczałem kajak. – Ostre krawędzie, głębina, pewna śmierć.

Ale oni wypływają co dnia tymi swoimi kruchymi łódeczkami z daszkiem, który ma chronić przed straszliwym równikowym słońcem. Sami, by złowić coś na kolację, lub z bogatymi turystami, którzy pragną sfotografować się z własnoręcznie złowioną ostrodziobą barakudą, miecznikiem albo rekinem młotem. Biedniejsi łowią tylko na rafie i zbierają muszle na sprzedaż. Paradoks polega jednak na tym, że niczego z Kenii wywozić nie wolno.

W czasie odpływu idziemy na rafę piechotą. Woda sięga ledwie do kolan, a w najgłębszych miejscach najwyżej do pasa. Suniemy między wielkimi koralowcami, zaglądając pod każdy niemal kamień. Znajdujemy mnóstwo różnobarwnych rozgwiazd i rybek o fantazyjnych kolorach. Wystarczy rzucić trochę okruchów chleba, by u nóg zaroiło się od różnorakich stworzeń. Sporo wrażeń dostarcza też zwykłe zanurzanie głowy w okularach do nurkowania. Wszystko pod wodą wygląda tak atrakcyjnie, że pełzamy przez godzinę, niczym poszukiwacze złota pośrodku potoku w Eldorado.

Na końcu rafy rozłożyli swoje skarby lokalni sprzedawcy muszli. Kiedy po raz setny słyszą, że niczego nie chcemy, proszą, by oddać im resztę chleba, który wzięliśmy dla rybek oraz choć jedną butelkę wody. Obiecujemy, że coś od nich kupimy, gdy wieczorem wrócimy do hotelu.

– Powiedzcie mi jedno – mówię po chwili. – Sprzedajecie te piękne muszle turystom, choć nie wolno niczego z Kenii wywozić. Dlaczego?

– Robimy to od dziesięciu lat. Nie było reklamacji.

Macham ręką. No pewnie, że nie było, bo kto by się fatygował tyle tysięcy kilometrów, by stłuc handlarza z powodu zarekwirowanej na lotnisku pamiątki za parę gorszy? Mała, cętkowana muszla kosztuje 200 kenijskich szylingów, czyli niecałe dwa funty, duża, okazalsza i pewnie trudniejsza do wywiezienia – 500. Staram się o tym nie myśleć, choć moi przyjaciele targują się bez pamięci.
Idę na samiutki koniec rafy. Fale uderzają o spiętrzony grzbiet utworzony przez lata przez umierające koralowce. Parę kroków dalej jest już podobno kilkusetmetrowa głębina. Gdzieś tam, wcale nie tak daleko przed nami, leżą słynne plaże Seszeli. Mógłbym tak patrzeć w zielonkawą toń Oceanu Indyjskiego i błagać czas, by się zatrzymał, lecz powoli trzeba wracać, bo woda niebawem zaleje lagunę aż po mur oddzielający plażę od naszego hotelu.

HAKUNA MATATA

Kenijczycy to bardzo pogodny naród. Przyglądam się uważnie każdej z napotkanych twarzy, szukając czegoś, co pozwoli mi odróżnić ich od sąsiadów – Somalijczyków czy Sudańczyków. Zastanawiam się, co sprawiło, że nie są w stanie rozdzierającej wojny domowej, a zamiast Darfuru, pełnego umierających dzieci, mają piękne parki narodowe, do których garną się turyści z całego świata. Wciąż się uśmiechają, a przy tym poruszają się w zwolnionym tempie, jak gdyby funkcjonowali w galaretowatej zawiesinie. Zawsze gotowi pozdrowić cię tym swoim niewymuszonym: jumbo! Są przewrotnie chciwi. Byłem wielokrotnie uprzedzany, że wszędzie trzeba dawać napiwki, ale parę razy przesadzili. Przed bramą parku Tsavo, pracownik parku zawsze podchodzi do samochodu, by podnieść turystom dach i wymusić napiwek. Nie robi tego kierowca, choć zajęłoby mu to jakieś 20 sekund. Na lotnisku każda toaleta ma swojego „opiekuna”, który stoi przy umywalkach i podaje kawałek papierowego ręcznika. Zamykając się w kabinie, turysta cały czas ma świadomość, że ten człowiek jest o metr, dwa dalej i czeka na „co łaska”. W Ngomongo Villages jest dziewięć wiosek, a w nich dziewięć osób, którym nie wypada odmówić. Za to tańczący Masajowie nie żebrzą, tylko wymuszają kupno jakiejś pamiątki. Często w hotelowym barze tuż przy plaży żartowaliśmy, że jesteśmy gwiazdami filmowymi, bo ilekroć któreś z nas podnosiło się, by iść do toalety, basenu lub po drinki, zza muru oddzielającego hotel od publicznej plaży wyłaniały się głowy sprzedawców pamiątek i przewodników po rafie. Pozdrawiali, krzyczeli, zapraszali. Wrzawa robiła się taka, że wyobrażaliśmy sobie, iż to fani chcą od nas autograf. Z początku baliśmy się wyjść na plażę. Skoro przez cały dzień przechadzał się brzegiem muru, uzbrojony w pałkę umundurowany ochroniarz, nie mogło tam być bezpiecznie. Wkrótce okazało się, że chroni hotel przed lokalnymi handlarzami, dla których codzienne nagabywanie hotelowych gości to jedyny sposób na wyżywienie siebie i rodziny. Przełamaliśmy lody i niemal co dnia chodziliśmy nad ocean podziwiać koralowce, kraby, rozgwiazdy, palmy i rozbijające się o brzeg rafy fale. Ludzie z plaży witali nas serdecznie, pokazując świeżo znalezione skarby morza. Moi przyjaciele w końcu nakupili mnóstwo muszli, ale gdy celnicy zawołali nas na bok, pytając co wywozimy, z kamienną twarzą odpowiedziałem, że tylko pamiątki kupione podczas safari. – Hakuna matata (no problem). Przechodzić.
Trzymam jedną z tych wielkich, brunatnych, powlekanych dziwną, skamieniałą łuską muszli na półce w sypialni, ale to nie ona przywodzi mi na myśl cudowne chwile spędzone w Kenii.
Pewnego wieczoru wybraliśmy się nad ocean. Ot, tak, powałęsać się po plaży, zanurzyć nogi, pobyć w raju. Odeszliśmy spory kawałek od hotelu. W dali sunął w stronę Kanału Sueskiego wielki kontenerowiec. Miałem nadzieję, że jego kapitan wie, iż będzie musiał bardzo długo płynąć wzdłuż wybrzeża Somalii. Z zagajnika palm wybiegła nagle gromadka nagich dzieci, które ze śmiechem wpadły do wody, zanurzając się po szyje. Ich matki stały na brzegu zagajnika i doglądały swoich pociech podczas kąpieli. Piski, pluski, fontanny wody. Radość i swoboda. I poczucie bezpieczeństwa. Tak zapamiętałem rajską Kenię, choć dla swoich mieszkańców pewnie wcale rajem nie jest.

Posted in Reportaże | Leave a comment

Jechać zimą? Ale dokąd?

Powszechnie wiadomo, iż w grudniu Polacy z Wysp wyjeżdżają głównie do kraju, zdarzają się jednak tacy, którzy w ten szczególny czas poszukują słońca i wypoczynku. Rozumiem doskonale rodaków, którzy muszą dowieźć babciom dawno niewidziane wnuki, odwiedzić stęsknionych rodziców i spożyć tradycyjną wieczerzę wigilijną w rodzinnym gronie. Dostrzegam jednakże coraz więcej osób rezygnujących z wyjazdu do Polski na rzecz wypadu pod palmy. Zresztą sam się do nich zaliczam. Wolę odwiedzać nasz kraj w cieplejszych miesiącach, a tęskniącą rodzinę chętnie zapraszam do siebie.

 zima1

Dwa lata temu na początku stycznia pływałem promem po Karaibach, w zeszłym roku w grudniu zwiedziłem kilka Wysp Kanaryjskich oraz Maroko i Maderę. Miesiąc temu przegrałem ze strachem, że gwałtowna zima pokrzyżuje mi szyki i nie zdecydowałem się na żaden wyjazd. Szalę przeważyły doświadczenia z grudnia 2008 roku, kiedy po wielogodzinnym oczekiwaniu udało mi się wreszcie opuścić Teneryfę i szczęśliwie wylądować na Gatwick. Nazajutrz Teneryfę spustoszyła ulewa i błotna powódź, a angielskie lotnisko zamknięto na czas nieokreślony z powodu ataku zimy. W tym roku kilkoro znajomych do samego końca nie miało pewności, czy uda im się wylecieć na wakacje. Nie chciałem przeżywać tego samego.

Nic straconego. Przede mną styczeń, luty i marzec, kiedy to wycieczki zorganizowane nie są już takie tanie, ale jeszcze nie przesadnie drogie.

Oto mój przegląd ciekawych miejsc, do jakich można za stosunkowo nieduże pieniądze pojechać z londyńskich lotnisk. Zimą najbliższa słoneczna plaża znajduje się o cztery godziny lotu od stolicy Anglii – na jednej z Wysp Kanaryjskich lub w marokańskim Agadirze.

W styczniu z kilkudniowym wyprzedzeniem wciąż można kupić pokój w niezłym hotelu za nieco ponad 300 funtów za osobę. Nie zawsze jest to hotel ulokowany bezpośrednio na plaży i raczej jest w wersji half-board (śniadania i obiadokolacje), ale już od 400 funtów można przebierać w dobrze ulokowanych hotelach all inclusive. Prawdziwymi perełkami w tej cenie są na przykład Maspalomas Princess lub Suite Princess Hotel na Gran Canarii, Riu Palace Tres Islas Hotel na Fuerteventurze czy Club Hotel Riu Paraiso na Lanzarote. Podobnie jest z najpopularniejszą z Wysp Kanaryjskich – Teneryfą, natomiast niemożliwe jest znalezienie względnie niedrogiego hotelu na maleńkiej, kameralnej i zupełnie nieskomercjalizowanej La Gomerze, co można zrekompensować sobie wypadem na równie spokojną i piękną La Palmę, zwaną La Isla Bonita (Piękna Wyspa).

Nieco bardziej ryzykowna wydaje się zimową porą wyprawa na położoną kilkaset kilometrów na północny zachód Maderę. Wprawdzie jej niezrównana przyroda jest w rozkwicie przez cały rok, ale można trafić na deszczowe dni, gdy temperatura nie przekroczy 20 stopni Celsjusza.

Większy spokój zapewnia leżący nieopodal Wysp Kanaryjskich Agadir. Zwykle zimą panuje tam łagodny klimat, a temperatura rzadko spada poniżej umownej dwudziestki, ale w przeciwieństwie do Kanarów i Madery noce są dużo zimniejsze. Siedmiodniowy pobyt w przyzwoitym hoteliku w Agadirze ze śniadaniem i kolacją kosztuje w grudniu oraz styczniu jedynie 250 funtów, a czterogwiazdkowy all inclusive niecałe 400. Marzących o Marakeszu uprzedzam, że ceny są jeszcze niższe, ale temperatury też.

Podążając dalej wschodnim Atlantykiem, napotykamy leżące niemal na równiku Wyspy Zielonego Przylądka. To już mniej więcej sześć godzin lotu z Londynu. W grudniu widywałem fantastyczne oferty all inclusive od 400 funtów, w styczniu i lutym ceny nie spadają poniżej 700. Pewnie ze względu na gwarantowane 30 stopni w dzień i ponad 20 nocą. W tym roku też będzie grudzień, więc kto wie, może się tam wybiorę za pół obecnej ceny.

Naprzeciw Wysp Zielonego Przylądka leży Senegal, do którego żadne biuro z Wielkiej Brytanii nie organizuje wycieczek, ale nieco poniżej mamy najmniejszy kraj w Afryce zwany Gambią. Zawsze bardzo chciałem tam polecieć, lecz zima to tamtejsza pełnia sezonu, a ceny dorównują upalnym temperaturom. W grudniu, styczniu i lutym jest bardzo sucho, termometry zaś wskazują 37–40 stopni powyżej zera. Internauci skarżą się, że ceny nie są adekwatne do poziomu i jeżeli ktoś spodziewa się luksusów, powinien ten skrawek Afryki omijać z daleka. No i rzeczywiście, siedem dni ze śniadaniem w dwugwiazdkowym hotelu to najmniej 350 funtów, natomiast cztery gwiazdki w HB to już koszt powyżej 500 funtów. Należy też wspomnieć – jako żart – o pięciogwiazdkowym Sherattonie all inclusive z widokiem na ocean za jedyne 950 funtów od osoby. Wystarczy dołożyć do tego 300 funtów, dwie godziny lotu i rajskie plaże Dominikany dla dwóch osób stoją otworem. Ale cóż, co kraj, to obyczaj. Gambia jest droga, lecz zawsze można liczyć na pogodę.

Oczywiście, jest jeszcze kierunek wschodni – Cypr, Egipt, Turcja (4–6 godzin lotu z Londynu), mój przegląd jednak jest subiektywny i pozwolę sobie te miejsca ominąć. Są tak popularne wśród Polaków, że nie trzeba ich nikomu przedstawiać. Zimą w Turcji jest zimno, na Cyprze umiarkowanie, a w Egipcie ciepło, choć o tym sezonie należy szybko zapomnieć z powodu grasującego u wybrzeży Morza Czerwonego rekina ludojada.

Niewielu z nas zdaje sobie też sprawę, że angielskie biura podróży oferują fantastyczne rejsy promami pasażerskimi. W grudniu można zaliczyć rejs Colourful Coast: Teneryfa – Gran Canaria – La Palma – Lanzarote – Agadir – Madera za 350 funtów od osoby. Jest to wprawdzie wewnętrzna kabina na środkowym pokładzie, a nie apartament z balkonem na najwyższym pokładzie, ale full-board realizowany przez kilka restauracji gwarantuje tyle jedzenia i picia (bez alkoholu), że nie ma człowieka, który byłby w stanie to wchłonąć. W styczniu podobny rejs to już koszt 450–500 funtów, podobnie jak Red Sea Magic, który drażni wyobraźnię wizytami w takich miejscach, jak Kair, Luksor, Dolina Królów czy jordańska Petra. Oczywiście, za każdą wycieczkę poza prom płaci się osobno, więc nie ma co liczyć, że będzie tanio, lecz co człowiek tam zobaczy, tego nigdy nie zapomni.

Drożej, bo nieco ponad 750 funtów kosztuje prom po wschodnich Karaibach, który oferuje odwiedziny kilku tropikalnych wysp, takich jak Dominikana, St. Kitts czy Barbados. Do tego trzeba wysiedzieć 8–9 godzin w samolocie.

Podczas tej zimy marzę o nowym kierunku na brytyjskim rynku turystycznym, czyli o Kostaryce. Po pierwsze dlatego, że to kraj, który zrezygnował z armii. Dziwi mnie to i fascynuje. Po drugie, nigdy nie byłem nad Pacyfikiem, a mam wielką chrapkę, by ten ocean zobaczyć. Po trzecie, fajnie być jednym z pionierów na danym rynku.

Innym nowym kierunkiem tego sezonu jest Porto Santo, maleńka portugalska wyspa nieopodal Madery. Zostawię ją sobie w planach na lato.

Marzycielom i niedowiarkom polecam strony www.thomson.co.uk, www.monarch.co.uk, www.firstchoice.co.uk, www.virginatlantic.co.uk, www.teletext.co.uk.

Posted in Reportaże | Leave a comment

Bujając po Morzu Śródziemnym

Przez okna podchodzącego do lądowania samolotu skały Sierra de Tramuntana wyglądają jak utopione we mgle klify wyspy King Konga z filmu Petera Jacksona. Wzburzone fale wspinają się po nich, daremnie próbując wedrzeć się po ścianach na ląd. Aż się wierzyć nie chce, że po minięciu tych gór od razu napotykamy rozległą, łagodną nizinę, która pokrywa resztę powierzchni Majorki.

Palma de Mallorca jest pełna masztów zacumowanych jachtów i kominów wielopokładowych promów pasażerskich. Jadąc wzdłuż wybrzeża, po jednej stronie można podziwiać wszystko, co zdołało zacumować w niemającym końca porcie, po drugiej – na zboczach luksusowe hotele, wspaniałe restauracje i kluby oraz fantazyjne budynki apartamentów do wynajęcia.

Cumujemy w przestronnej kajucie na szóstym pokładzie Thomson Dream i czekamy na walizki. Kilka pokładów wyżej pracują pełną parą trzy restauracje, czekają kluby, kabarety, kawiarnie. Bulgocze spa, przelewa się czerpana wprost z morza woda w basenie, pokornie uginają się łóżka do opalania na górnych pokładach. Już niedługo, nocą popłyniemy w stronę południowych Włoch.

Załatwić wszystko przed urlopem, spakować się, dojechać na lotnisko, dolecieć na miejsce, dojechać do promu, rozpakować się – te czynności zwykle kończą się w naszym przypadku wielkim spaniem. To nasza trzecia wyprawa promem. Wiemy, że gdy buja, śpi się najlepiej. Prom sunie wolno, pogoda dopisuje. Nawet nie czujemy, że pod nami drzemie przepaść pełna wody.

srodziemne

Nazajutrz rano wita nas uśpiony morderca – Wezuwiusz. Jesteśmy w Neapolu, stolicy najbiedniejszego regionu kraju, mieście pełnym emigrantów, przestępców i szeregowych żołnierzy mafii. I rzeczywiście twarze napotkanych ludzi działają na wyobraźnię. Są ponure, nieogolone, idealnie pasują do rzezimieszkowatej legendy miasta. Wędrówka niesamowicie wąskimi uliczkami okazuje się pełna emocji z zupełnie innego powodu. Raz po raz przemykają nimi motocykle i samochody, trąbiąc niemiłosiernie na pieszych, by ustąpili choć trochę z drogi. Uskakujemy na bok, wtulamy się w ściany niebosiężnych kamienic i tak brniemy od placu do placu, bo tylko tam można nieco odetchnąć od ruchu kołowego.

Po lunchu jedziemy zwiedzić Pompeje. Mieliśmy do wyboru wycieczkę wodolotem na wyspę milionerów, czyli Capri, lub wyjazd do Sorento, kurortu zbudowanego na niesamowitych klifach, ale postawiliśmy na historię.

Ogrom zachowanego miasta przytłacza. Popiół wulkaniczny, jaki pokrył Pompeje w wyniku wybuchu Wezuwiusza w 79 roku naszej ery, idealnie zakonserwował budynki, uliczki, a nawet uciekających, unieruchomionych w wyniku nagłej śmierci mieszkańców. W trakcie kilkugodzinnego, pełnego refleksji spaceru odwiedzamy domy, sklepy, świątynie, termy, amfiteatry jednego z najznamienitszych miast Imperium Rzymskiego.

Podobno doskonale zdawano sobie sprawę, że budując miasto na morzu zastygłej przed laty lawy, można pewnego dnia spowodować jego zagładę, lecz nie wierzono, by wybuch mógł się powtórzyć. Dziś jest tak samo – dwa miliony mieszkańców Neapolu i okolic znajduje się w polu rażenia Wezuwiusza. Ewentualna erupcja nie będzie miała precedensu.

Nocą płyniemy w kierunku Sardynii. Nie mamy wielkich planów dotyczących tej wyspy. Nie możemy dotrzeć do stolicy, czyli Cagliari, zawiniemy jedynie do prowincjonalnego portu Olbia. Zakładamy więc, że jedziemy na całodzienne plażowanie na jednej z najsłynniejszych sardyńskich plaż, która ma przypominać karaibskie.

Szybko weryfikujemy ową karaibskość sardyńskiej plaży, która w części naprawdę składa się z delikatnego, miałkiego piasku, a w części z kolorowych kamoli. Ale dno morza przy plaży w istocie przypomina lagunę, w której pławiliśmy się na Jolly Beach na Antidze. Jest płytko, przyjaźnie i miękko.

Skała Tavolara staje na wysokości zadania. Jest podobno największą wolnostojącą skałą na świecie, ale nie umiem tej informacji zweryfikować nawet w internecie. Spędzamy cały dzień na plaży u stóp Tavolary, rozkoszując się sardyńskim słońcem wraz z mieszkańcami pobliskiego kempingu.
Nim zapada zmrok, mijamy przesmyk pomiędzy Sardynią i Korsyką. Z obu burt widać imponujące skalne wyspy, straszące urwiskami i niedostępnymi zatoczkami.
Opuszczamy strefę włoską, zagłębiamy się we francuską.

Do Tulonu wpływamy w rześki, niedzielny poranek. Lazurowe Wybrzeże, Prowansja, filmy z Louisem de Funésem. Uśpione miasto szybko pozbawia nas złudzeń. Nie ma tam nic ciekawego, oprócz muzeum marynarki wojennej, przy którym cumują historyczne okręty wojenne. Jest niedziela. Miasto śpi. Czynne są jedynie knajpki na portowych bulwarach oraz bazar z warzywami i owocami. Ludzie kłębią się pomiędzy stoiskami z owocami morza, oliwkami, serami, pieczywem.
Okręty wojenne robią lepsze wrażenie, gdy nasz prom opuszcza port. Cała flota jest widoczna jak na dłoni.

Wpływając do portu w stolicy Katalonii, mało kto dałby wiarę, że wpływa do Barcelony. Żurawie, kontenery, silosy, nabrzeża przeładunkowe raczej nie grzeszą urodą. Ogołocone z zieleni zbocza też nie pomagają w ocenie pierwszego wrażenia miasta, które uchodzi za jedno z najbardziej romantycznych miejsc na świecie.

Dopiero pomnik Krzysztofa Kolumba pokazującego swoją wymarzoną Amerykę rozpoczyna wędrówkę po prawdziwej Barcelonie. Idziemy wzdłuż Las Ramblas, najsłynniejszej alei miasta, pośród gęstego tłumu turystów. Atmosfera przypomina tę z krakowskiego rynku – trzeba usiąść w którejś z kawiarenek i zjeść paellę lub napić się piwa. Środkiem sunie tłum, omijając tysiące stolików z krzesełkami rozsianych wzdłuż słynnego deptaka.

Docieramy do obu najsłynniejszych budynków Antonio Gaudiego – Casa Mila i Casa Batilo. Fantazyjne projekty okazują się piękniejsze niż ich legenda. Potem jedziemy do parku Güell, jednego z najpopularniejszych miejsc zaprojektowanych przez Gaudiego. Chyba każdy twórca komiksów czy autor science fiction chociaż raz był w tym miejscu. Baśniowe kolumnady, przedziwne pieczary, domki rodem z baśni braci Grimm – to tylko nieliczne motywy, które inspirowały świat artystów.

W drodze powrotnej odwiedzamy bazylikę Sagrada Familia. Najbardziej znana świątynia na świecie okazuje się wciąż w budowie i nikt nie wie, kiedy budowla zostanie ukończona.
Wracamy na Majorkę. Zamek górujący nad portem jest piękny jak nigdy. Uliczki Majorki w niczym nie ustępują uliczkom innych hiszpańskich wysp. Tu i ówdzie leje się wino, butiki proponują wcale nie najgorsze tkaniny i koszule, pamiątki oraz muszle.
Już niedługo trzeba będzie wrócić na prom.

Posted in Reportaże | Leave a comment

Istria – kawałek Chorwacji

Jadąc przez góry z leżącego w głębi kraju Zagrzebia do usytuowanej na odległym krańcu półwyspu Istria Puli, obserwuję poczynione przez Chorwatów inwestycje drogowe. Każdy tunel i wiadukt ma swoją nazwę oraz opisaną długość lub wysokość. Trzeba płacić, ale droga jest tego warta. Nie ma dziur, nieustannych robót drogowych ani korków. Za to widoki są takie sobie.

Zerkając tęsknie na leżącą w dole Rijekę, wjeżdżamy na półwysep Istria znany z trufli, śliwowicy i znakomitego piwa Ożujsko. Krajobraz staje się bardziej śródziemnomorski – z tymi wszystkimi murkami z kamienia oraz drzewkami oliwkowymi. Ziemia jest brunatna, czasem wręcz czerwona od zawartego w glebie żelaza i innych minerałów.

Zatrzymujemy się niedaleko starożytnego, pełnego pamiątek po Imperium Rzymskim miasta Pula, na otoczonym wodami Adriatyku niewielkim półwyspie Verudela. Morze połyskuje rozlanym szeroko światłem księżyca, woda łagodnie uderza o skaliste wybrzeże. Mimo późnej pory ludzie pluskają się przy niewielkiej kamienistej plaży. Śmiech rozbawionej młodzieży niesie się daleko w głąb lądu.

 Pula i okolice

Leżąca w uroczej zatoce Pula to pełne życia, portowe miasto. W swojej trudnej historii przechodziło z rąk do rąk – Rzymu, Bizancjum, Republiki Weneckiej. Po I wojnie światowej przypadło Włochom, a po II weszło w skład     Jugosławii. Spacerując po rozłożonej na kilku wzgórzach Puli można obserwować pozostałości wszystkich okresów historycznych, ale najwięcej zachowało się zabytków z czasów rzymskich. Zbudowany przez cesarza Wespazjana Amfiteatr zwany Arena uchodzi za jeden z trzech najlepiej zachowanych koloseów na świecie. Kiedyś walczyli tam gladiatorzy oraz dzikie zwierzęta, dziś w wiekowym wnętrzu organizuje się festiwale muzyczne, koncerty gwiazd popu i przedstawienia operowe. Grali tam Elton John, Roger Waters, Norah Jones, Zucchero… Echa tych koncertów widać w kawiarenkach rozlokowanych na wzgórzu ponad amfiteatrem – plakaty i zdjęcia dumnie wiszą na ścianach, budząc dumę lokalnych bywalców.

Po kawie idziemy w dół ku pulskiej starówce, gdzie stoją dwa inne zabytki – świetnie zachowana świątynia Augusta, łuk Sergiusza, katedra Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny oraz trzynastowieczny ratusz miejski.

Z bardziej nowożytnych ciekawostek, natrafiamy na stojącą w ogródku piwnym jednej z knajpek figurę Jamesa Joyce’a. Oczywiście, tłoczymy się, próbując zrobić sobie zdjęcie z jednym z najciekawszych pisarzy świata. Siedzi sobie, niczym Piotr Skrzynecki przed krakowskim barem Vis a vis. Siadamy mu na kolanach, stajemy z tyłu i stroimy głupie miny. Joyce jest niewzruszony.

Autor „Ulissesa” i „Finnegans Wake” spędził tu zaledwie pięć miesięcy, ucząc austriackich oficerów języka angielskiego. Podobno knajpkę, w której stoi dziś jego statua, polubił szczególnie.

Na leżącym nieopodal miejskim targowisku kłębią się ludzie i… pszczoły. Liczne winogrona, figi, arbuzy i brzoskwinie wabią zapachem, kuszą obietnicą słodyczy. Owoce można umyć w miejskiej studni i zjeść na miejscu.

Po lunchu jedziemy do leżącej po drodze do Rovinj maleńkiej Fażany. Mamy zabukowaną motorówkę na wyspy Briońskie. Ulubiony archipelag Josifa Broz Tito nie budzi zachwytu. Skaliste, pokryte drzewami wyspy, pośród których rozlokowano kolejne wille i bunkry dyktatora uchodzą za żywą legendę i pamiątkę po nieciekawych czasach, ale specjalnie fotogeniczne nie są. Podobno Tito spędzał tam połowę roku, odpoczywając i przyjmując gości, jak Fidel Castro czy Elżbieta II. Od 1983 roku na terenie archipelagu został utworzony park narodowy. Pewnym kuriozum jest funkcjonujący na jego terenie park safari, pełen afrykańskich zwierząt oraz pole golfowe. Opływamy Wyspy Briońskie, delektując się polewaną przez przewodniczkę śliwowicą. Dopiero pod jej wpływem linia wybrzeża wysp marszałka Tito zaczyna nam się podobać, jak nigdy wcześniej.

 Rovinj 

         Rivinj wita nas ogromnymi trudnościami ze znalezieniem miejsca do zaparkowania. Kiedy wreszcie znajdujemy parking, okazuje się, że jedna trzecia aut należy do Polaków. Miło jakoś. Wymieniamy się informacjami na temat kursu kuny oraz cen w lokalnych sklepach i restauracjach. Ktoś ostrzega nas, by nie kupować niczego na portowym bazarze, bo ceny ustanowiono pod turystów.

Wędrówka wąskimi uliczkami pełnymi zabytkowych kamienic to prawdziwa uczta dla oka. Niektóre, niestety, są grożącymi zawaleniem pustostanami, inne noszą ślady prac konserwatorskich, a nawet zamieszkania. Urzeka nas wąska kamieniczka u zbiegu ulic – ma kształt klina i, w najgrubszym miejscu, może ze 3 metry szerokości.

rovinij

Mijamy restauracje i kafejki, w tym jedną szczególną. Czas się tu zatrzymał, aż strach wejść. W obskurnym, zadymionym wnętrzu siedzi kilkunastu zbirów. Popijają byle co, popalają machorkę i patrzą spode łba. Nie ma telewizora, lodówek, neonów, reklam, niczego co przypominałoby XXI wiek i czas starania się o wejście Chorwacji do Unii Europejskiej.

Do Rovinj przyciąga turystów głównie ulokowane na niewielkim półwyspie Stare Miasto. Mury najniżej położonych kamienic niemal dotykają tafli morza. W przerwach między nimi schodki prowadzą do samej wody. Można przysiąść na ławeczce i podumać.

Klimat tutejszej starówki sprzyja twórczości artystycznej. Każdy krużganek, piwniczka, balkonik, sklepik wykorzystany został na galerię lokalnego rękodzielnika, grafika lub malarza. Kręte uliczki prowadzą do katedry św. Eufemii zwieńczonej 60-metrową wieżą. Za ołtarzem znajduje się grób patronki kościoła, która zginęła śmiercią męczeńską w 304 roku.

Schodząc drugą stroną półwyspu. Mijamy resztki XII-wiecznych murów obronnych i docieramy do kolejnej mekki artystów. Ich sklepiki sięgają niemalże do samego placu portowego Marśala Tita i rozległej mariny. Tak naprawdę, dopiero u stóp zbocza, ustępują rozlicznym restauracjom.

Powoli zapada zmrok. W Rovinj rozbłyskują uliczne latarnie. W rozlokowanych na skałach nad brzegiem morza restauracjach gwałtownie ubywa wolnych miejsc. Zasiadamy przy wielkim stole z widokiem na wyspę św. Katarzyny. Zamawiamy plater ryb oraz lokalne wina: białą malvaziję i czerwony teran. Nagle niespodzianka. Światło ukrytych na płytkim dnie morza reflektorów przebija się przez taflę wody, rzucając lekką poświatę na ponure skały wybrzeża. Zwykła kolacja złożona z owoców morza zyskuje status romantycznej.

Wracamy między schodki i kręte uliczki, które po zmroku wyglądają magicznie. Jedna z naszych koleżanek ulega magii chwili i kupuje w jednej z galerii naszyjnik z rubinem za równowartość 50 funtów. Każda rzecz jest tu niepowtarzalna, wytworzona ręcznie, dopieszczona przez artystę.

Nie chce nam się opuszczać Rovinji, nie mamy ochoty wyjeżdżać z Chorwacji.  Jeszcze tylko sklep i ostatnie zakupy. Trufle, oliwa, wino, rakija, śliwowica, kilka butelek Ożujska. Na parkingu znów Polacy, tak jak my, markotni, że czas wyjechać. Decyzja zapada łatwo. Musimy tu wrócić. Przecież zwiedziliśmy zaledwie kawałek Istrii! Co z resztą Chorwacji? Za rok. Na pewno.

 

 

Posted in Reportaże | Leave a comment

Podstawiony

podstawiony_ok

Powieść socjopatyczna – Kraków 2005

Posted in Powieści | Leave a comment

Szorty 2

okladka_szorty2_druk

Zbiór krótkich opowiadań – Kraków 2007
(na okładce wykorzystano zdjęcie Mary Smoleń)

Posted in Opowiadania | Leave a comment

SZORTY

szorty1_wyd2

Szorty – zbiór krótkich opowiadań, Kraków listopad 2012, wydanie 2 poprawione i uzupełnione grafikami Władysława Edwarda Gałki

Poniżej: Okładka 1 wydania (wykorzystano rys, Piotra Deskiewicza – Wurena)

szorty_okl

Posted in Opowiadania | 1 Comment

O, raju, Malediwy!

Po jedenastu godzinach lotu boli dosłownie wszystko, ale wystarczy, żeby za oknem pojawił się pierścień piasku otoczony seledynową aureolą z gąszczem gibkich palm w środku i rządkiem drewnianych bungalowów na palach, by człowiek poczuł się, jakby przed chwilą przyszedł na świat. Długo wydaje się, że samolot wyląduje na wodzie. Schodzimy coraz niżej i niżej. Tafla oceanu prawie zagląda przez okno. I wtedy ziemia litościwie podsuwa nam pas lotniska w Male.

W drzwiach samolotu wita nas ściana powietrza tak gorącego, że natychmiast zatyka oddech w piersi. Pot i trudności z oddychaniem będą nam tu towarzyszyć w dzień i w nocy.

Godzinę później płyniemy szybką łodzią w kierunku naszej wyspy. Ruch panuje jak na autostradzie, tylko odbywa się we wszystkich kierunkach i chyba nikt go nie kontroluje. Wpływamy między dwie zbudowane z kamienia ściany, które służą za coś w rodzaju łącznika między szlakiem komunikacyjnym, a lokalną mielizną. „Naszą wyspę” przytłaczają ciężkie, ponure chmury, które złośliwie osiadają na końcówkach palm, jeszcze przed chwilą skąpanych w promieniach słońca. Na jakiś czas wszystko staje się wyblakłe i smutne, by w ułamku nabrać z powrotem niebiańskiego blasku. Jest koniec listopada. Intensywny deszcz już nie powinien padać. Na Malediwach zaczyna się sezon.

Wyspa ma może kilometr długości i ze 300 metrów szerokości w najszerszym miejscu. Z jednej strony otacza ją laguna odgrodzona od Oceanu Indyjskiego rafą koralową, z drugiej kawał otwartego morza, po którym trwa intensywna żegluga. Nasze okno wychodzi na rafę, o którą zaciekle rozbijają się spienione fale. Do wody mamy dwa kroki. Tu zresztą wszędzie jest blisko.

Wystarcza kilkuminutowy spacer, by obejść wyspę wokoło, wzdłuż i wszerz. To już wszystko? – pytam w myślach przerażony perspektywą polegiwania pod palmą przez najbliższe siedem dni. Upał jest tak dotkliwy, że nie jestem w stanie oddać się czysto polskiej uciesze wakacyjnej, czyli popijaniu piwa. Przy drugim czuję w żołądku piwnego grzańca, który rośnie i rozpycha się nieznośnie. Może wieczorem…

Nuda w raju

Fale leniwie uderzają o brzeg: raz, drugi, trzydziesty… Są niczym wskazówki zegara, w które wpatruje się skazany na dożywocie więzień. Co dnia nuda robi się bardzo plastyczna. Rozciąga się od horyzontu do horyzontu i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek zdołało ją zakłócić. Przypominam sobie Pasję życia, znanego podróżnika Jacka Pałkiewicza i sytuację, gdy rozmawia z mieszkańcem Polinezji Francuskiej. Punktem wyjścia było życie w raju, ale wszystko kończy się tłumaczeniem, że codzienne słońce, upał i jednostajność stają się w końcu bliższe piekłu. Teraz czuję to na własnej skórze. Lubię poleżeć na plaży czy przy basenie, lecz na drugi, trzeci dzień zwykle pożyczam samochód lub daję się powieźć na jakąś przygodę. Tu takiej możliwości nie mam. Idę poszukać jakichś oferowanych przez hotel wycieczek fakultatywnych. Dziś była podróż łodzią podwodną wzdłuż rafy koralowej, jutro ma być wyprawa na rafę dla amatorów snorkelingu, pojutrze obserwacja rekinów w naturalnym środowisku, później wizyta w stolicy Malediwów, czyli Male. Nie jest źle. Uczucie duszności nieco ustępuje. Zapisuję się na wszystko po kolei. Spore wątpliwości budzi kosztująca sto dolarów piętnastominutowa wyprawa samolotem ponad atolami, żeby napstrykać szpanerskich fotek. Po namyśle rezygnuję z tego luksusu.

Nazajutrz płyniemy uprawiać snorkeling. Po drodze mijamy dryfujące z prądem żółwie oraz stado radosnych delfinów. Chłopcy obsługujący łódź specjalnie tłuką rękami o burty, by zachęcić te piękne stworzenia do skoków ponad powierzchnię wody. Delfiny chętnie spełniają tę prośbę, opływając łajbę z obu stron. Gdy po chwili znikają, robi się pusto i cicho. Podpływamy do krawędzi rafy koralowej od strony oceanu i spragnieni ochłody w nieładzie wysypujemy się do wody. Do dna jest może pięć, może sześć metrów. Pięknie widać koralowce i inne cuda podwodnego świata. Takich pstrokatych kolorów, jak na rafie koralowej, trudno szukać w przyrodzie. Rybki mienią się bardzo kontrastowymi odcieniami żółtego, niebieskiego, czerwonego i czarnego. Nie wolno niczego dotykać, ale i tak nikt nie ma takiego zamiaru. Wolimy to wszystko podziwiać, unosząc się bez ruchu na kołyszących falach.

Wieczorem najlepiej jest usiąść na brzegu i wpatrywać się w znikające na skraju nieba słońce. Każdy zachód na Malediwach jest epicki. Brzegi chmur pąsowieją, jakby były zagniewane z powodu zbyt szybko kończącego się dnia. Rzedniejący blask leniwie spływa po masztach zacumowanych jachtów i rozlewa się po powierzchni morza. Cały spektakl trwa niecałą godzinę, a potem na świat spada wszechogarniająca szarość.

Z nudów zajmuję się obserwowaniem ludzi. Grupki obrzydliwie charkających i spluwających Chińczyków (zaczynam podejrzewać, że to jakiś rodzaj kodu kulturowego czy też osobliwe demonstrowanie przed światem własnej wyższości) wykłócają się z obsługą o każdą rzecz, żądają rabatów i specjalnego traktowania, bo wszystko zamawiają w grupie. Szóstka Polaków, którzy dyskretnie nie chcą wytrzeźwieć po długiej podróży, zasiadła przy barze obok przystani i spełnia w milczeniu kolejny toast. Para wiecznie pijanych Czechów nieruchomo wpatruje się w do połowy opróżnione szklanki z piwem. Niemieccy emeryci, tak jak w każdym zakątku świata, hałaśliwie dyskutują o wczorajszym meczu Bundesligi. Każdy walczy z nudą jak może.

Nazajutrz okazuje się, że jestem jedynym chętnym do pływania z rekinami przy Shark Point. Zakładam, że ludzie przestraszyli się kąpieli z tymi stworzeniami albo też nuda obezwładniła ich całkowicie i już do końca będą leżeć z książką i popijać wino bądź piwo.

Cuda przyrody

Kiedy tak leżę na piasku i kończę czytać drugą już w trakcie tych wakacji książkę, rozważam czy nie wybrać się na rafę. Panuje łagodny odpływ. W najgłębszym miejscu woda sięga najwyżej do kolan. W 2009 roku w Kenii było podobnie. Wydawało się, że to blisko, tuż tuż, a woda taka spokojna… Pół godziny później mieliśmy jej już po szyję i wszystkie obejrzane filmy o rekinach w głowie. Co by było, gdyby tak jakiś żarłacz zdołał przedostać się przez barierę rafy koralowej? Brr…

Po paru dniach malediwskiego leniuchowania odkrywam w tym swoisty urok. Nasłuchuję odgłosów, jakie wydaje ukryte w koronach palm ptactwo i zazdrośnie zerkam na kolejny mały samolot, który wiezie szczęściarzy w odległe raje. Malediwy to przecież blisko 1200 wysp i wysepek na 26 atolach, ciągnących się na przestrzeni 860 kilometrów. Chciałoby się być na każdej, bo przecież wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

W pewnym momencie słyszę nad głową ciche skrzeczenie. Wytężam wzrok i dostrzegam pyszczek ni to psa, ni lisa, który wpatruje się we mnie ciemnymi oczami. Wygląda tak, jakby do jego rudej głowy i ramion ktoś złośliwie doczepił czarne poły kostiumu Drakuli z teatrzyku lalkowego. Jedna poła uporczywie wachluje pachę nietoperza, służąc za coś w rodzaju manualnego wentylatora. Śmieszne zwierzątko nic sobie nie robi z mojej obecności. Ja siedzę, on wisi głową w dół i tak sobie patrzymy na siebie.

Poza tym mamy tu istne wodne safari. Nie trzeba się nigdzie ruszać, by podziwiać cuda podwodnego świata. Nawet maleńki koralowiec, który podczas odpływu sromotnie wysycha wraz z całą łachą piachu, w trakcie zanurzenia w wodzie służy za hotelik dla dziesiątek maleńkich kolorowych rybek. Widać je doskonale gołym okiem, ale dopiero po założeniu okularów można podziwiać ich barwy w pełnej krasie. Dlatego ludzie bujają się na powierzchni wody wokół wyspy przez całe dnie. Z początku spore poruszenie wywołuje stadko małych rekinów podpływających bardzo blisko brzegu za ławicami niewielkich platynowych rybek. Łatwo sobie wyobrażamy, że gdzieś w pobliżu może pływać ich matka, gotowa zrobić krzywdę każdemu, kto się do nich zbliży, jednak chłopcy z centrum sportów wodnych tłumaczą ze śmiechem, że to ich codzienna rutyna i żadna monstrualna, ludożerna matka się nie zjawi. Nie wszyscy są przekonani, lecz co więcej można zrobić? Niektórzy uciekają z wody, kiedy tylko rekiny podpływają bliżej. W ogóle, kiedy stawia się krok, wszystko co żywe, pierzcha spod nóg. Surrealistyczne niemal jest uczucie, gdy sięga się po muszelkę, a ta ucieka ile sił, bo akurat jest grzbietem maleńkiego kraba. Ktoś nazywa tę plażę cmentarzem oceanu. Te drobinki to przecież nic innego, jak pozostałości po krabach, koralowcach i innych istotach zamieszkujących tę lagunę. Trudno się nie zgodzić.

Pewnego dnia podczas śniadania obserwujemy spore poruszenie przy gospodarczym molo, którym dostarcza się na wyspę rozmaite towary. Zbiegowisko ludzi nie daje nam spokoju, więc porzucamy kawę oraz rogaliki i biegniemy sprawdzić, o co tyle zachodu. W wodzie coś się kłębi. Płetwy? Chyba nie, bo zbyt łatwo przechylają się na prawo i lewo. Szybko okazuje się, że to nie rekiny, tylko stado płaszczek. Suną wzdłuż molo, majestatycznie poruszając cętkowanymi płetwami, które wyglądają, jak podwodne skrzydła. Na jedną magiczną chwilę wszyscy zastygamy w bezruchu, by podziwiać ten bajeczny spektakl.

Stolica Malediwów

Male to tak naprawdę nieduża, ciasno zabudowana mieścina. Z daleka widać gęsto upchane kilkupiętrowe budynki. Nieco na lewo, na osobnej wysepce mieści się lotnisko. Samoloty kołujące przed startem wyglądają, jak gdyby poruszały się po powierzchni oceanu. W porcie mnóstwo rybackich łodzi. Trwa codzienne pranie ubrań i kąpiel. Mężczyźni namydlają się, nie zwracając uwagi na zaskoczone spojrzenia gapiów. Potem polewają się wodą z dużych kadzi. Całe pokłady poprzecinane są sznurami ze schnącą bielizną.

Głos muezzina dyskretnie przypomina nam, że Malediwy to jednak muzułmański kraj. Nigdzie nie kupisz tu alkoholu, no chyba, że w hotelach, które służą zgniłemu światu Zachodu. Podobno wymogiem konstytucyjnym jest, by każdy obywatel był sunnitą. Jakakolwiek działalność kaznodziejska jest zakazana pod groźbą natychmiastowego wydalenia.

Dochodzimy do morza po drugiej stronie i zawracamy. Ruch jest bardzo intensywny. Szczególnie dokuczliwe są motorki. Trochę mnie to rozśmiesza, bo wszędzie z łatwością można dojść na piechotę, ale oni wolą się tłoczyć w tych wszystkich pojazdach dużych i małych. Sklepy są pozamykane, gdyż pobożni sklepikarze pobiegli do meczetów. Tętni życiem tylko targ warzywny i rybny oraz port, w którym mijają się kolejne transportowe statki czy motorówki. Są turyści, ale i lokalni mieszkańcy. Łatwo ich odróżnić, bo nie mają walizek, tylko różne zawiniątka i tobołki. Jeden z kelnerów z naszego hotelu opowiada nam, że mieszka na jednym z odległych atoli południowych Malediwów. Kiedy dostaje urlop, płynie do domu przez trzy dni. Oczywiście samolotem mógłby dolecieć w godzinę, ale ma małego synka i dla niego odkłada wszystkie zarobione pieniądze. Teraz wyobrażam sobie, jak wsiada z marnym tobołkiem na łajbę, by trzy dni sunąć pomiędzy rajskimi atolami do domu.

My będziemy wracać do Londynu bite 12 godzin. Już bolą mnie wszystkie kości. Ostatnia myśl, jaka przebiega mi przez głowę przed startem to, żebym się na drugi raz dwa razy zastanowił, zanim polecę do następnego raju. Po to, by się nudzić, nie trzeba latać tak daleko.

Jacek Ozaist (publikacja: Nowy Czas – Londyn, 2013.01.05)

Posted in Reportaże | Leave a comment